Zazwyczaj tego nie robie/robimy, bo jestem zdania, że te blogi, które znam i czytam są popularne w blogsferze. W tym przypadku chyba jest inaczej, czego zupełnie nie rozumiem, bo laska pisze naprawdę świetnie. Rzadko się zdarza by mnie coś wzruszyło, a gdy czytam dont-cry-in-november-rain.blogspot.com to ciągle mam łzy w oczach. Jej bohaterowie, a w szczególności ta główna, nie wiodą prostego życia zaczynającego się od imprezy a kończącego się na seksie, ale zmagają się z wieloma przeciwnościami losu i za każdy swój błąd muszą słono zapłacić. Nie zniechęcajcie się po 2, 5, a nawet nie 20 rozdziałach, bo to tak nie działa. Trzeba zgłebić wszystkie notki tej cudownej autorki by docenić jej wielkość i oryginalność. Także tego no, idźcie i czytajcie! Dlaczego? Bo naprawdę warto i dlatego też, że chcę nowy rozdział przeczytać ;__; Zróbcie mi tą przysługę no!
ADRES: dont-cry-in-november-rain.blogspot.com.
A teraz jazda do lektury pomioty szatana!!! xD
~ Draconis
sobota, 6 kwietnia 2013
piątek, 5 kwietnia 2013
6. cz.I
Witajcie wszyscy spragnieni wrażeń!
Po długiej przerwie, za którą podziękujemy Żulowi, wracamy z nową porcją absurdu :P Ten rozdział ma około 4 stron, więc mam nadzieję, że nam wybaczycie te zawirowania i nieobecność. Dziękujemy wszystkim za komentarze i za to, że czytają i dedykujemy blogerkom oraz glam metalom. A, bo tak. No, więc by was nie zanudzić zapraszamy na nową część tej historii. Pisaną przeze mnie - Draconis. Tak wiem, masakra jakich mało, ale przeciez trzeba coś dodać prawda?
~Draconis
------------------------------------------
Po długiej przerwie, za którą podziękujemy Żulowi, wracamy z nową porcją absurdu :P Ten rozdział ma około 4 stron, więc mam nadzieję, że nam wybaczycie te zawirowania i nieobecność. Dziękujemy wszystkim za komentarze i za to, że czytają i dedykujemy blogerkom oraz glam metalom. A, bo tak. No, więc by was nie zanudzić zapraszamy na nową część tej historii. Pisaną przeze mnie - Draconis. Tak wiem, masakra jakich mało, ale przeciez trzeba coś dodać prawda?
~Draconis
------------------------------------------
Cześć tu, Samantha Hill niestety nie ma mnie teraz w domu,
więc jeśli masz mi coś ważnego do powiedzenia to zadzwoń później lub po
usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość. Życzę miłego dnia!
<Piiiiip>
Sam? Tu Jade. Nie uwierzysz, co mi się dzisiaj wydarzyło!
Pamiętasz tą starą jędzę z kotami? No tą... kurde… Berry! Moją stałą klientkę,
co to zawsze narzeka, że sucha karma, którą u nas kupiła jest zepsuta, bo
śmierdzi kocim żarciem. Nie ważne. A więc dzisiaj, z rana, jak co dzień czekałam
na nią i nastawiałam się psychicznie na to, że mnie opieprzy i postraszy
sanepidem. No, więc minęła już siódma, a ona nie przyszła, co mnie bardzo
zdziwiło, bo jest piekielnie punktualna. No przynajmniej dotąd była. Gdy już,
myśląc o najgorszym, miałam chwycić za telefon, zadzwonić na pogotowie i
poprosić by przyjechali pod jej dom, zadzwonił dzwoneczek i w drzwiach stanęła
właśnie Panna Berry! Była w samej podomce i… tu padniesz – rozklapanych
kapciach króliczkach! Tak, wzięłam dzisiaj leki, które przepisał mi doktor i
dlatego tym bardziej byłam zszokowana. A więc gapiłam się na nią dłuższą chwilę
z szeroko otwartą buzią i nie mogłam uwierzyć, że osoba, która znajdowała się w
moim sklepie była tą samą staruszką, którą zawsze widuję ubraną w dopasowany żakiecik
i malutki, seledynowy berecik. Kontynuując. Dziwna kobieta rozejrzała się i
dostrzegłszy mnie poprawiła sobie biust i dziarskim krokiem podeszła do mnie
końcowo opierając się cała swoją pokaźną postura o ladę. Następnie tak oto się
do mnie zwróciła:
- No czeeeść maleńka. Obsłużysz może styranego rockmana?
Tak. Naprawdę tak powiedziała. No i do tego puściła mi
perskie oko! Prawie zakrztusiłam się własną śliną i byłabym umarła gdybym w
porę nie napiła się wody. Dobra, po chwili doszłam do siebie i spytałam lekko
drgającym głosem, w czym mogę służyć. Ona na to wyszczerzyła się w naprawdę
obleśnym uśmiechu i huknęła, cytuję:
Pół kilo kiełbasy i dwa litry wódki zacna dziewojo!
Mało brakowało, a bym wylądowała
zemdlona na ziemi, ale w porę złapałam za oparcie krzesła i zdołałam jakoś
złapać równowagę. No w końcu doszliśmy jakoś do porozumienia i Berry wzięła to,
co zwykle i prawie wybiegła z pomieszczenia wrzeszcząc, że nareszcie będzie
mogła nakarmić swoje drogie kiciusie. Możesz się ze mnie śmiać, ale tym razem
zachowałam trzeźwość umysłu. Szybko chwyciłam palto i klucze, wywiesiłam kartkę na drzwiach, że wracam za chwilę, zamknęłam sklep i podążyłam za moją
niedoszłą klientką. Tak, było to cholernie nieodpowiedzialne i w ogóle, ale
musiałam! To była sensacja stulecia! Wracając do mojej historii. Okazało się,
że kociara po prostu wróciła do domu. Ale ja nie mogłam odpuścić. O nie, nie w
takiej sytuacji! Ukucnęłam pod jej oknem skryta za wielkim rododendronem i
zaczęłam podglądać. Pieprzyć prywatność. Na początku wszystko wydawało się
normalne, ot staruszka postanowiła zrobić sobie śniadanie. Podła, przypomniała
mi, że sama nic nie jadłam od wczoraj. Krzątała się po kuchni, aż miło było
popatrzeć. Obserwowałam ją z wielkim zainteresowaniem, bo jej zabiegi były
nader szokujące. Uwierz lub nie, ale ta stara baba wyjęła z kredensu jakąś
starą, oprawioną w skórę księgę i zaczęła ją gorączkowo przeglądać. W końcu
chyba na coś natrafiła, bo wrzasnęła triumfalnie tupiąc przy tym noga i od razu
zaczęła przetrząsać szafki. Po chwili wyciągnęła jakiś lekko poobijany czajnik pamiętający
chyba jeszcze wojnę secesyjną, ustawiła go na kuchence uprzednio nalewając do
niego wody i zaczęła tym razem przeszukiwać lodówkę. Wyjęła z niej paczkę parówek,
w które wpatrywała się z rozczuleniem dłuższą chwilę, a potem, nie wiem jak i
po co, ale cudem upchała całe opakowanie wraz z owijającym je plastikiem do...Tak,
czajnika. Uśmiechała się przy tym trochę jak małe dziecko na widok lizaka, a
trochę jak seryjny morderca z piłą mechaniczną wpatrujący się w swoją
przerażoną ofiarę. Aż mnie ciarki przeszły i rozważyłam zatelefonowanie na
pogotowie, ale w porę porzuciłam tą myśl, bo sytuacja robiła się coraz bardziej
zaskakująca. No co, nawet ja potrzebuję trochę
rozrywki. Na moim miejscu postąpiłabyś tak samo! Z czajnika zaczął się wydobywać
gęsty, czarny dym, ale Barry zdawała się tego nie zauważać. Cała szczęśliwa chwyciła za
ogromny tasak, którym następnie pokroiła na pół wielki kawał spleśniałego sera
o białym meszku na wierzchu i lekko zielonkawej barwie. Potem wcisnęła to ohydztwo
również do czajnika. Gdy urządzenie zaczęło wydawać z siebie głosy,
przypominające skrobanie paznokciami po tablicy, starucha w podskokach złapała
je i włożyła to do piekarnika. Następnie zaczęła z miną maniaka wciskać
wszystkie guziki i kręcić wszystkimi korbkami i pokrętłami, w jakie tylko był wyposażony
opiekacz. Niedługo potem z wnętrza
zaczął wyłazić jakaś zielonkawa maź, na której widok moja klientka chwyciła
wiadro, zagarnęła substancję do niego, a następnie zaczęła ją rozprowadzać po
całym pomieszczeniu za pomocą mopa. W końcu rozległo się tyknięcie
charakterystyczne dla budzika, a wtedy kobieta wyjęła potrawę z zdewastowanego
piekarnika. Nałożyła ją na piękny, porcelanowy talerz i postawiła na ziemi by,
jak mniemam, jej zwierzaki oceniły starania właścicielki. Pierwszy nawet nie
chciał dotknąć jedzenia, drugi polizał to, ale w następnej chwili, cały najeżony
wyleciał z pokoju z przeraźliwymi fukaniem. Inne w ogóle nie odważyły się podejść
do opiekunki. Barry w złości zaczęła skakać
po naczyniu jak rozkapryszone dziecko. Przeklinała przy tym tak głośno, że było
ją słychać na całej ulicy. I to jak paskudnie! Pamiętasz tego barmana, Eda, co
pracował w „The Las Vegas Dreams”? No, więc ona używała jego ulubionych słów.
Miałam wielkie szczęście, bo otworzyła nie to okno, pod którym ja byłam ukryta,
tylko to wychodzące na ogród. Uporawszy się z dymem zaczęła coś szukać i po
przetrząśnięciu wszystkich szuflad, rozbebeszeniu kanapy, foteli i wywaleniu
popiołu z kominka znalazła zgubę i podeszła do aparatu telefonicznego.
Następnie wybrała numer i wtedy właśnie kichnęłam zamykając przy tym na chwilkę
oczy. Jak je z powrotem otworzyłam staruchy już nie było. Po raz kolejny tego
dnia wpatrywałam się w coś z otwartymi ustami. No przecież nie mogła w dwie
sekundy przejść do innego pokoju, bo po pierwsze jej telefon był wbudowany w
ścianę, a po drugie zajęłoby jej to więcej czasu i z pewnością zauważyłabym jej
pokaźny tyłek znikający w drzwiach. Byłam lekko zdezorientowana, ale
postanowiłam po prostu zadzwonić do jej drzwi. Jakby otworzyła to znaczyłoby,
że po prostu poszła do łazienki czy coś, ale jeśli nie… W każdym bądź razie
nikt mi nie odpowiedział, pomimo, że dzwoniłam natarczywie parę minut. Wiem, że
miałam z tym skończyć, ale teraz mam wreszcie dowód! Dowód, że kosmici naprawdę
istnieją! Przykro mi Sam, ale w zaistniałej sytuacji jadę do Waszyngtonu by
powiedzieć prezydentowi o całym tym incydencie. Ciesz się, bo twoja przyjaciółka
zbawi świat i uratuje go przed inwazją. Całuję się mocno i pamiętaj, widzimy
się w sobotę na urodzinach Franka. Zrób ten swój tort pomarańczowy, a na pewno
ci się nie oprze. Ja już lecę. Pa.
_______________________________________________
Zimno, mokro i do tego śmierdzi. Coś jakby starym serem czy
stopami brata Hieronima. Ohyda. Super skoro mnie już tu uwięzili to mogliby
zainwestować w jakąś klimatyzację, dywan czy chociaż w odświeżacz powietrza!
Mogę go im nawet sam sfinansować. Chuj najwyżej stracę 4 dolary i Axl obejdzie
się parę dni bez swojej odżywki do włosów. Pewnie jak się dowie, ze wydaje kasę
na aerozole dla jakiś spróchniałych mnichów to się wkurzy, ale jebać go.
Poproszę Slasha by go pomiział za uszkiem, a może go udobrucham. Taaak, to na
niego zawsze działa. Ewentualnie pozwolę mu przelecieć moją nową prywatną
groupie, tą … ten… kurwa znowu zapomniałem jak się nazywa… Sharon? Nie to matka
Willa, całkiem niezła była w te klocki tak na marginesie. Joan? Nie tamta to
Jett była chyba. Dobra, nieważne. Jakąś mu w każdym bądź razie pożyczę, niech
się jara chłopak, że ktoś go oprócz pedałów jeszcze chce. A tyle razy mu
mówiłem, że nikt nie chce się umawiać z rudymi, ale on swoje. No to teraz musi
obejść się smakiem. Poruszyłem rękami jeszcze raz próbując wyswobodzić się z
krępujących mi ruchy więzów, ale bezskutecznie. No i do tego habit mi zamókł.
Pełnia szczęścia. Nie mam pojęcia ile czasu już spędziłem w tych zatęchłych
lochach oraz jak się tu znalazłem. Ostatnie co pamiętam to wielka patelnie
zderzająca się z moją twarzą i paraliżujący ból nosa. A dalej ciemność.
Obudziłem się już tutaj, związany, głodny, przemoczony i zmarznięty. No
świetnie, na dodatek zachciało mi się iść do toalety. Jak tylko stąd wyjdę to
rozwalę to cholerne więzienie jak Richardsa kocham! Zero nadziei na ratunek. Zrozpaczony
próbowałem się jakoś doczołgać do jedynego źródła światła, czyli do szpary pod
drewnianymi drzwiami, ale po przejechaniu po czymś miękkim, co później z
piśnięciem zdeptało mnie i pobiegło w ciemność wywołując u mnie falę mdłości,
zrezygnowałem i ograniczyłem się do głośnego wołania „Siku! Siku! Więzień musi
siku! Otwórzcie zacni bracia i dajcie mi się kurwa wyszczać!”. Brak odzewu. Leżałem, więc tak zwinięty w
kłębek z pełnym pęcherzem i szeptałem pod nosem uspokajające słowa. Po jakimś
czasie usłyszałem czyjeś kroki, dostrzegłem jakiś cień w szparze i z lubością
wsłuchiwałem się w boski dźwięk odryglowywania zamka. Chyba umieszczę ten
piękny odgłos w jakiejś piosence by potomni mogli wzruszać się przy każdej
nucie tej pięknej pieśni. Poruszony do głębi zacząłem dziękować niebiosom za
to, że wysłuchały moich błagań i obiecałem im, że w nagrodę już więcej nie
dotknę dziewczyny Duffa. Po w to, że dzięki niemu się tu znalazłem nie
wątpiłem, bo z tego, co zdążyłem sobie w ciągu ostatnich paru godzin w samotności
przypomnieć, to on odpowiadał za catering i rozrywkę na ostatniej imprezie i to
on wybrał akurat „Whisky..”. Oj on już nie porucha, oj nie. W końcu jakaś
olbrzymia łapa zdjęła mi sznur z kończyn i brutalnie chwyciła mnie za kaptur
tak, że dyndałem nogami parę centymetrów nad ziemią, a to jest jakiś sukces, bo
przecież do niskich nie należę. Druga wcisnęła mi w dłonie starą, żeliwną
lampę, która świeciła słabym światłem. Osobnik skierował się do wyjścia i
podążył korytarzem, co jakiś czas skręcając jakby chciałbym nie zdążył
zapamiętać drogi. Cóż to za nowatorskie tortury, każą mi umierać z potrzeby. No
ja jestem pod wrażeniem tej błyskotliwości. Już otwierałem usta by pogratulować
bystrości umysłu mojemu oprawcy, gdy on zatrzymał się, otworzył jakieś drzwi,
które zaskrzypiały w proteście i wepchnął mnie do środka szybko ryglując je od
zewnątrz.
- Masz 5 minut i ani sekundy więcej pomiocie szatana –
zaskrzeczał i chyba usiadł na jakimś krześle, bo coś walnęło. Ledwo zdążyłem
złapać równowagę przytrzymując się drewnianej umywalki i dzięki temu nie
zaryłem twarzą w sedesie. Również drewnianym. Co za średniowiecze? No, ale jak
mus to mus. Nie jest to carska łazienka, ale dla potrzebującego i taka dobra.
Podkasałem spód habitu, w który byłem ubrany i zacząłem załatwiać swoje
interesy. Odcedzać kartofelki i te sprawy. Z ust wyrwało mi się westchnienie
ulgi. Poczułem się taki odprężony jakby wszystkie moje troski odeszły w cień i
straciły sens. Byłem jak nowo narodzony, pełny sił i zapału do pracy. I współczucia
dla tych szalonych mnichów, którzy musieli żyć w takich warunkach. W sumie nie
dziwie się im, że postradali zmysły, ja również bym oszalał jakbym musiał tu
mieszkać na stałe. Powinni zainwestować w pomoc domową, a ona by im pomogła w
domu i do tego zajęłaby się ich strefami intymnymi, a może przestali by być
tacy zgorzkniali. Kto to wie? Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu spłuczki, bo
przecież jestem tu jednak w gości i głupio by tak było pokazać, że się jest
brudasem, ale nic nie znalazłem. Rozejrzałem się, więc i po chwili wysiłku
dostrzegłem małą, jak wszystko tutaj, drewnianą wajchę będącą trochę jakby w
cieniu. Ucieszony pewnie pociągnąłem ją w dół. Potem wszystko wydarzyło się
naraz. Nagle poczułem, że tracę grunt pod stopami i że zaczynam się zapadać, a
raczej spadać. Nie zdążyłem nawet
krzyknąć czy chociaż złapać za skraj zlewu, bo po chwili ogarnęła mnie
nieprzenikniona ciemność i w efekcie nie mogłem zobaczyć nawet własnej dłoni.
Spanikowałem i próbowałem odchylić głowę
i zaprzeć się stopami tak jak to widziałem na filmach lecz niestety natrafiłem
na wystający kamień o który się oczywiście walnąłem, ujrzałem gwiazdy przed
oczami i po prostu straciłem przytomność.
-------------------
Komentarze są dla nas ważne, więc z łaski swojej o nich nie zapominajcie!
~Draconis
środa, 20 marca 2013
5.
No siema tu znowu my. Już nie będziemy niczego obiecywać, bo to i tak nic nie daje. Zrozumcie tylko, że byłyśmy w sobotę na koncercie The Darkness w Palladium, który był tak zaebisty, że ojeju i po prostu do tej pory się nie ocknęłyśmy. Co tu dużo gadać. Macie tu kolejny chłam, ale skoro to lubiecie. Napisany wspólnie przeze mnie i Żula. Have a good time ^^
~ Draconis
Najgorętszy stan w USA
godz. 15. 15
-----------------------------------
~ Draconis
Najgorętszy stan w USA
godz. 15. 15
-----------------------------------
Obcasy miarowo stukały po
bruku. Blond włosy delikatnie unosiły się na wietrze, przyjemnie smyrając swego
właściciela po twarzy. W powietrzu unosił się silny zapach przetrawionego alkoholu,
potu, chińskich papierosów i tanich kwiatowo-owocowych perfum. Pośladki opięte
przez ciasną jeansową spódniczkę mini kołysały się miarowo niczym dwa statki
dryfujące po morzu pożądania. Zewsząd słychać było gwizdy i niewybredne
komentarze. Zgrabne palce z paznokciami koloru mdłego błękitu kurczowo
zaciskały się na szyjce butelki, która co jakiś czas podnosiła się do góry, a
jej zawartość znikała w karminowych ustach. Oczy mocno pociągnięte czarną
kredka co rusz rozglądały się dookoła jakby czegoś wypatrując. Wtem powietrze
przecięły pierwsze takty nowego hitu Poison – Talk Dirty to me. Rozległ się
kobiecy głos, a zaraz potem sygnał przerwanego połączenia. Stukot wezbrał na
sile,a po chwili ustał niespodziewanie. Trzasnęły drzwi. Tylko delikatny już
zapach pachnidła przypominał o do niedawnej obecności pewnej tajemniczej
postaci.
************************
Wszedłem do obskurnego, ciemnego korytarza i skierowałam
swoje kroki w kieruku z którego dochodziła jedyna łuna światła oświetlająca
pomieszczenie. Moje wysokie obcasy zapadały się w śmierdzącej wykładzinie.
Między nogami przebiegł mi wielka, spasiona świnka morska zostawiająca za sobą
strużkę śliny, przyprawiając mnie o palpitację serca. Wzdrygnąłem się i
jebnąłem butem w drzwi wrzeszcząc „Ręka, noga, mózg na ścianie mam ochotę na
ruchanie!” Właściwie nie wiem, dlaczego wybrałem właśnie takie słowa, jednak coś w głębi duszy mówiło mi, że dokładnie tak powinienem postąpić. Zachichotałem pod nosem ciesząc się, że wreszcie spełniłem swoje
marzenie i zostałem zawodowym Frankiem Kimono, brakowało mi tylko tego, no.. no
kimono. A co tam, prawdziwy artysta musi cierpieć. Szuszu z buszu i te
sprawy.... Moim oczom i mojemu bananowi ukazał się totalnie zdemolowany gabinet
z biurkiem pośrodku i skórzanym fotelem zwróconym tyłem do drzwi. Czas czynić
swoją powinność. Podciągnąłem spódnicę, poprawiłem stanik i dumnym krokiem
przemierzyłem pomieszczenie by usadzić swój majestatyczny zadek na owym meblu.
Wyciągnąłem nogi przy okazji strącając jakieś papiery i kubeczek z Hello Kitty
wypełniony prawdopodobnie ciekłą melasą. Oparłem prawą dłoń na skraju blatu, a
drugą przejechałem po moich długich, blond lokach.
-No czeeeeeeść – przywitałem się najbardziej ponętnym głosem
jaki potrafiłem z siebie wydobyć i zatrzepotałem uroczo posklejanymi od
nadmiaru tuszu rzęsami. Oparcie powolutku odwróciło się w moją stronę dokładnie
wtedy gdy badałem małym palcem stan swojego uzębienia. Moje oczy koloru
spleśniałego korniszona rozszerzyły się, bowiem widok jaki się im ukazał z
pewnością nie był tym którego oczekiwałem. Otóż obiektem moich wdzięków okazała
się młoda, może trochę zbyt wysoka jak na mój gust, ale jednak stuprocentowa
kobieta, (i to nawet niczego sobie, jeśli wolno mi stwierdzić) choć napis na
wizytówce uparcie twierdził: William Dobosh. Co do zgrzybiałego kabaczka?
Czyżbym znowu przesadził z tymi różowymi tableteczkami na antykoncepcję? Z
wrażenia aż wywindowało mnie na podłogę. No i tyle z mojej kariery mistrza
kung-fu, teraz ewentualnie mogę zostać tylko pandą, i to całą upapraną w tej
jebanej melasie. Ja rozumiem, bogate źródło żelaza niehemowego i tak dalej, ale
czy to świństwo musi się tak lepić? Przecież ja nie umiem nawet obsługiwać
pralki, zresztą musiałbym najpierw jakąś mieć, przecież nie będę tego zlizywać.
Chociaż z drugiej strony... Zajęty wydłubywaniem sobie lepkiej substancji z
włosów oraz zza paznokci, zupełnie zapomniałem o tajemniczej William, która
bynajmniej nie przejawiała żadnych cech wskazujących na płeć, którą sugerowało
by imię, a która przyglądała mi się teraz zza wysokiego blatu biurka z lekkim
zażenowaniem.
-Tak, tak, moja droga Betty, tu mamcia. Dawno się nie
widziałyśmy – usłyszałem tylko i już zastawiałem się, jak by tu się zgrabnie
wytłumaczyć, jednak nagle poczułem jakiś dziwny, drażniący zapach. Naraz
zaczęło mi się kręcić w głowie i jakby zebrało mi się na mdłości, a na dodatek
wszystkie kończyny z niewiadomego powodu odmówiły mi posłuszeństwa.
-To oooo too chłooodzi z tą mielaską, tiaaaak? - zamruczałem
tylko dziwnie uśmiechniety pod nosem i powoli osunąłem się w ciemność.
------------------------
Walnijcie komenty, a my walniemy banany na mordeczkach :D
~ Draconis i Żul
środa, 6 marca 2013
4.
Witajcie nasze ptysie miętowe jak to śpiewało Lao Che ;3
Wybaczcie tą dłuuugą, karygodną przerwę, ale nasza Żul miała fazę na nic nie robienie. To już się więcej nie powtórzy, już mój glan o to zadba ^.^ Rozdział ten dedykujemy Natalii, która obija się w szpitalu oraz Mrocznemu za spaczenie nam mózgów ;3 I chciałybyśmy jeszcze serdecznie podziękować dziewczynom z grupy dla blogerek na fb za takie miłe przyjęcie i w ogóle za przyjęcie nas do tej elitarnej kompanii. Czujemy się zaszczycone :D No dobra, nie będę owijać w bawełnę, bo się pewnie za nami stęskniliście i pragniecie przeczytać co też nam przyszło tym razem do głów. A więc prossszzze! Enjoy! I przypominam o ankiecie, która znajduje się gdzieś po lewej stronie. Kolejne rozdziały piszę ja, więc szykujcie się na masakrę xD Później może wstawimy link do sweet zdjęcia Maciusia, które wysłałyśmy na pewnien fp :*I dziękujemy za te ponad 1150 wejść! Nigdy nawet nie myślałyśmy, że do tego dojdzie ;_____; Przepraszam na moment.... wzruszyłam się ......
~Draconis
Pewna kamienica, gdzieś w Ameryce
godzina 10.30
-------------------------------------------
Ze snu wydobył mnie jakiś miły, mięciutki
dotyk, jakby ktoś łagodnie miział mnie po twarzy piórkiem. Z błogim uśmiechem
na twarzy wyciągąłem się na posłaniu, chcąc rozprostować obolałe kości, jednak nie był to chyba najlepszy
pomysł, gdyż zaraz coś strzyknęło mi w barku i przez ramię przeszedł mi
przeszywający na wskroś ból, na który natychmist zgiąłem się spowrotem wpół,
przyciskając do siebie bolącą kończynę i podkurczając nogi, jednocześnie
natrafiając twarzą na coś miękiego i włochatego, strącając to z rozmachem z
łóżka. Nagle ciszę przerwał jakiś upiorny, rozdzierający powietrze wrzask,
który obudziłby chyba umarłego i założę się, że nawet nie jednego. Zaskoczony,
wzdrygnąłem się, podnosząc się gwałtownie i z całej siły przypierdoliłem w
znajdującą się tuż nad moją głową wiszącą szafkę. "Brawo, kurwa, świetny
początek dnia" - zakląłem w duchu i szczelniej przykryłem się pierzyną.
Mało co jest w stanie o tej porze wyciągnąć mnie z łóżka, a szczególnie po tak
udanej imprezie, jednak ów głos właśnie dołączył do tej jakże zaszczytnej
listy, zajmując tam honorowe miejsce na samym szczycie, a jego właściciel
załatwił sobie natychmiastową taryfę ulgową tanimi liniami, prosto na tamten
świat. Niech ja tylko dorwę tego idiotę, Axl'a, do końca życia sobie zapamięta.
Żeby mi tu w środku nocy tak ryja drzeć, co on sobie myśli? Pierdolony
gwiazdor, prima balerina od siedmiu boleści. Grrr, już ja mu zafunduję takie
atrakcje, że dopiero sobie pokrzyczy, jebany kurdupel. Jeżeli to ma być nasz
nowy hit, to chyba szczerze podziękuję... Wstałem niechętnie, rozprostowując
moje kościste, pomarszczone łydki. Zaraz... KOŚCISTE POMARSZCZONE ŁYDKI?
Chwilunia, coś tu nie gra... Spojrzałem po sobie, jednak zamiast mego tak
dobrze mi znanego, gładkiego, umieśnionego ciała, ujrzałem jedynie tony fałd
suchej, pomarszczonej skóry. Nieco zdezorientowany zacząłem nerwowo analizować
sytuację. Opcja potencjalnych halucynacji odpadała, owszem, ostro sobie
zaszalałem poprzedniej nocy, wraz z resztą zespołu, jednak z całą pewnością nie
wziąłem aż tyle, aby mogło mi się rzucić na kolejny dzień, najwyżej mogło mi
się przyśnić coś ładnego, chociaż możliwość, iż wszystko to dzieje się na
prawdę, również wydawała się być jeszcze bardziej absurdalna. Z zamyślenia
wyrwało mnie kolejne, nagłe, dziwne uczucie, jakby silny ucisk na brzuchu, po
którym nastąpił szereg mniejszych, przebiegających szybko w górę mojego ciała. Zerknąłem ostrożnie w tamtą stronę w celu zidentyfikowania źródła owego nacisku i to co
zobaczyłem, było doprawdy ostatnią rzeczą, jakiej mógłbym się spodziewać. Tak
nawiasem mówiąc, najpierw zdziwił mnie fakt, że z ogóle coś widzę, ponieważ
zwykle cały świat przysłania mi moja wielce imponująca czupryna gęstych,
czarnych loków, jednak dziwne, nieznane mi otoczenie, w którym jakimś cudem
dane było mi się obudzić, chwilowo skupiło na sobie całą moją uwagę.
Rozejrzałem się ze zgrozą. Pokój w jakim się znajdowałem, należał do
najstaszliwszych pomieszczeń, jakie kiedykolwiek przyszło mi oglądać. Meble
wyglądały jak wyciągnięte z jakiegoś pseudośrednoiwiecza, czy innego
oświecenia, przepełnione wzorkami i wymyślnymi ornamentami, obite błyszczącym,
kwiatowym materiałem. Upiorne ściany obklejone były obleśnie różową tapetą w
różyczki, a tu i ówdzie przyozdobione były jakimś kiczowatym portretem, z
którego szczerzył zęby w sztucznym uśmiechu jakiś tłusty, rudy dzieciak,
patrząc na mnie nieco psychopatycznie. Wszędzie gdzie nie spojrzeć, w oczy
rzucały się nieposkromione warstwy wszelkiego rodzaju falbanek, koronek i
reszty tego całego, cukierkowego ścierwa. Ja sam, nie wiedzieć czemu, miałem na
sobie aksamitny, wzorzysty szlafroczek, którego ściągnięcie skutecznie
uniemożliwiała mi przyczyna tajemniczego ucisku. Otóż, tuż przede mną, na mojej
klatce piersiowej, leżał sobie bezwstydnie ogromny, biało-brązowy, nad wyraz
futrzasty, długowłosy kot, wgapiając się we mnie z wyrzutem swymi ciemnymi
oczami o odcieniu zgniłego banana. Stał tak przez chwilę, po czym otworzył swój
paskudny, spłaszczony pyszczek, a z jego gardła wydostał się ów potworny,
wibrujący w uszach dźwięk, na który przeszedł mnie lodowaty dreszcz, po czym,
nie przerywając, przeciągnął się leniwie, jak gdyby nigdy nic, wbijając mi
bezlitośnie swoje ostre niczym szpile pazurki w moje ciało, a następnie
ostentacyjnie odwrócił się do mnie tyłem i dumnie machając mi przed nosem
kitowatym ogonem, zeskoczył na podłogę i pognał w stronę drzwi, jednak na jego
miejsce natychmiast wskoczył następny, zupełnie inny od swojego poprzednika, o
czarnej, aksamitnej sierści i okrągłych zielonych slepiach. A potem następny, o
pięknym, falowanym, karmelowym owłosieniu i dumnej postawie. A po nim jeszcze
następny, bardziej chudy i wyłysiały, a potem inny, i jeszcze kolejny, a za nim
nastepny, i kolejny, i jeszcze jeden, całkiem malutki, nie potrafiąc wskoczyć
bezpośrednio na łóżko, uczepił się pazurkami zwisającego kawałka kołdry,
wdrapując się sprawnie po kołyszącym się skrawku materiału, i zadowolony
sadowiąc się wygodnie koło mnie. Podrapałem tego czarnego za uchem, głaszcząc
jednocześnie delikatnie małego zdobywcę, który całkiem się rozłożył, ukazując
mi swój brzuszek i domagając się więcej pieszczot. Zaskoczony i zaciekawiony skąd się tu wzięły
owe stworzenia, jeszcze raz ogarnąłem wszystko spojrzeniem i dopiero teraz
dostrzegłem, że nie były to jedyne koty w całym pomieszczeniu. W tym właśnie
momencie z wszelkich kątów i zakamarków zaczęły wypełzać CAŁE TABUNY
KOTÓW, w jednej chwili opanowując cały
pokoik. Kreatury różnorakiej maści, sierści i koloru, duże, małe, włochate lub
odwrotnie - całkiem wyłysiałe, wylazły ze swoich kryjówek i patrzyły
wyczekująco, świdrując mnie swoimi małymi, swiecącymi oczkami. Wyciągnąłem do
nich rękę, w przyjaznym geście, pozwalając się obwąchać, aby mogły się swoić z moim
zapachem, i szepnąłem zachęcająco: "kici,kicikicikicikici...", na co
odpowiedziało mi ciche miałknięcie, pełne zainteresowania, po którym nastąpił
natychmiastowy szturm na moje posłanie, a po chwili również na mnie we własnej
osobie. Położyłem się bezwładnie, pozwalając stadu otoczyć mnie ze wszystkich
możliwych stron, tak, że ledwo mogłem oddychać, a potem... Zaczęło się. Koty
łaziły po mnie, stąpając delikatnie małymi łapkami, ocierając się i wtulając w
moje ciało, a ja nie pozostawałem im dłużny. Głaskaniu, drapaniu i innym
pieszczotom nie było końca. Sprawiało mi to wielką radość, i natychmiast
poczułem się niesmowicie odprężony i zrelaksowany. Mało kto wie, że zaraz po
wężach, koty to moje drugie ukochane zwierzęta. Jakoś nigdy nie było okazji, by
pochwalić się moją dość wsydliwą
słabością do owych rozkosznych sierściuchów, jednak teraz nikt nie mógł mnie
zobaczyć, więc nie musiałem się przed niczym krępować. Ooooo taaaak... tego
było mi trzeba, od dawna nie czułem się tak spełniony i dowartościowany Jednak
wszystko co dobre, niestety musi się kiedyś skończyć, toteż po jakimś czasie
koty powoli zaczęły ustępować, rozchodzić się, zajmując z powrotem podłogę i
wszelkie umeblowanie, a ja czułem jak wypełnia mnie ekstaza. Leżałem tak
jeszcze przez chwilę, ciesząc się minioną chwilą, po czym rozmażony
poddźwignąłem się do pozycji siedzącej i uświadomiłem sobie, że od rana nic
jeszcze nie miałem w ustach. Koty
widocznie również zgłodniały, gdyż łaziły teraz niespokojnie, miałcząc z
lekką nutką upomnienia w głosie.
- "Macie rację, po tak udanym poranku
trzeba by coś przekąsić" – mruknąłem do swoich towarzyszy i ostrożnie
zdejmując z siebie oblegające mnie koty i podniosłem się na nogi, rozmasowując
sobie świerzo nabitego guza, wstałem i udałem się na poszukiwanie lodówki, by
dać tym słodziakom coś do jedzenia, oraz samemu się posilić, jednak nie
znalazłem nic nadającego się do skonsumowania, a tym bardziej czegoś
mocniejszego dla odświerzenia pamięci, chodź wbrew pozorom wybredny nie byłem.
Kociego żarcia również ani widu, ani słychu. Zaniepokojony owym faktem,
zgarnąłem z puszki po kawie jakieś drobniaki i postanowiłem wybrać się na małą
wycieczkę do sklepu. Szybko narzuciłem na siebie sztywny, filcowy płaszczyk, na
głowę wkładając znaleziony na wieszaku wysoki kapelusz, który co prawda w
niczym nie dorównywał mojemu majestatycznemu cylindrowi, jednak z braku
alternatywy postanowiłem wykorzystać go jako tymczasowy substytut. Czule
pożegnałem się z moimi nowymi przyjaciółmi i pełen entuzjazmu wyszedłem na ulicę,
gdzie od razu udeżył mnie ostry smród spalin, a moje nieprzyzwyczajone do
słońca oczy oślepiło jasne, ranne słońce, i ropocząłem poszukiwania miejsca,
gdzie mógłbym dokonać niezbędnych zakupów,. Nie zdążyłem jednak nawet porządnie
się zgubić, gdy moim oczom ukazał się niewielki, zapyziały warzywniak, a wielki
napis na drzwiach głosił: PROMOCJA! Tylko dziś, kocia karma 25 % taniej!*
(*przy zakupie przynajmniej 15 opakowań) To dopiero szczęśiwy dzień! Dziarskim
krokiem wkroczyłem do sklepu, witając dość znudzoną kasierkę prominnym
uśmiechem, wywołując u niej niemałe zaskoczenie.
~Żul
Bądźcie łaskawi i skrobnijcie komentarzyk pod naszymi wypocinami :3
środa, 27 lutego 2013
3.
Ave kwiatuszki ;3
Dzisiaj, jako, że jest Międzynarodowy Dzień Adorowania Doboszunia wstawiamy nowy rozdział. Muszę się wam pochwalić, że dzisiaj mam wyjątkowo zajebisty humor, a wpłynął na to m.in BOB i jego lamy xD Tak, okazało się, że istnieje facet jeszcze bardziej popierdolony ode mnie ;P Ach, właśnie czas na życzenia! A więc, drogi Michaelu w tym szczególnym dniu życzymy ci wszyscy międzynarodowej kariery. Jakbyście nie wiedziały, to Doboszunio to pewnien glam metal z koło Zakopanego, którego znalazłyśmy w internetach. Wracając do rozdziału. Napisała go Żul, a dedykujemy go RocketQueen, jako, że jest naszą wierną fanką i Mani, która jest naszą psychofanką xD Na kolejny bd musieli poczekać, bo bd dziełem Żula, a ona jednak wolno pisze. A więc bawcie się dobrze! Ach i jeszcze edycja do rozdziału 2! W śnie Duff'a, w tle leciało JEFFERSON STARSHIP - WE BUILT THIS CITY. Taka tam schizowa atmosfera xD To ważne!
~Draconis
Arizona
pewien klasztor na wzgórzu
godzina 10.30
-------------------------------------
Obudził mnie dziwny, dudniący w uszach hałas.
Brzmiało to, mniej więcej, jakby ktoś powyciągał z szafek wszystkie gary i
patelnie, i nakurwiał w nie bezlitośnie z całej siły, niczym w jakiś
prowizoryczny zestaw perkusujny. Przeklinając w myślach Stevena, którego
obarczyłem winą za całe to zamieszanie, przewróciłem się na drugi bok. Co to za
zwyczaje, żeby porządnego człowieka budzić w środku nocy?! Chcąc zagłuszyć
irytujący dzwięk, zacząłem po omacku szukać poduszki, po czym zdałem sobie
sprawę, że w okół mnie nie ma praktycznie żadnej pościeli, a ja sam nie leżę
nawet na łóżku, a jedynie na czymś w rodzaju... siennika(?!), przykryty
strzępem jakiejś obdartej szmaty, która kiedyś, w zamierzchłych czasach, była
chyba kocem. Ubranie które miałem na sobie również z pewnością nie należało do
mnie. Prosta, sztywna, lniana nocna koszula drapała i kłuła przy każdym ruchu,
w dodatku w pasie przewiązana była ciasno jakimś sznurkiem. Nieco zdezorientowany
podźwignąłem się na łokciach i uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem niewyspany
i obolały. Na domiar wszystkiego po wczorajszej imprezie ostry ból dosłownie
rozsadzał mi czaszkę. Wiedząc, że i tak nie uda mi się spowrotem zasnąć,
leniwie rozejrzałem się po pokoju, szukając wzrokiem jakiegokolwiek płynu,
którym można by ugasić męczące mnie pragnienie. Zaraz, zaraz... coś mi tu nie
pasowało. Dopiero teraz dostrzegłem, jak dziwne było pomieszczenie, w którym
się znajdowałem, i z pewnością nie był to mój przytulny pokoik w Hellhouse. Jako
stały bywalec wszelkiego rodzaju imprez, jestem już niejako przyzwyczajony do
budzenia się w naprawdę różnych, mniej, bądź bardziej znanych mi miejscach,
jednak to nie przypominało żadnego z nich, a na dodatek, przynajmniej na razie
nie dawało żadnego powodu, dla którego miałbym w ogóle się w nim znaleźć.
Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mi mgliste wspomnienie poprzedniego wieczoru,
kiedy to jak zwykle całą bandą zwaliliśmy się do Whisky A Go Go. Ostatnie, co
zapamiętałem, to jak wychodziłem cały zadowolony do kibla, zabawić się tam z
jedną z tych wiecznie napalonych na mnie, emanujących seksem lasek, jednak co
było dalej? Za cholerę nie byłem w stanie sobie przypomnieć, co również
wprawiało mnie w zasmucenie... Czy to możliwe, bym znajdował się teraz u niej w
domu?! Miejsce przypominało raczej jakąś dziwną, średniowieczną celę, niż
typową lokację Groupie, a nawiasem mówiąc, w ogóle nie wyglądało, aby
ktokolwiek z mojego otoczenia mógłby tu mieszkać, co już dawało nieco do myślenia.
Wzdrygnąłem się. Pomieszczenie skąpane było w półmroku, a jedynym źródłem
światła było niewielkie, wysoko umieszczone zakratowane okienko, przez które
oszczędnie wpadały ranne promienie słońca. Grube, masywne mury, oraz zimna,
kamienna posadzka przywodziły na myśl lochy. W powietrzu unosił się
nieprzyjemny zapach stęchlizny i jakby pleśni, oraz jakaś dziwna, gryząca
nozdrza woń, której nie byłem w stanie zidentyfikować. Z sufitu kapała woda.
Pokój, a raczej, nazwijmy to po imieniu - CELA, umeblowana była, łagodnie
mówiąc, dość skromnie, bowiem poza prowizorycznym posłaniem, na któym obecnie
leżałem, rozmasowując sobie obolałe kości, znajdował się w nim tylko prosty,
drewniany regał, na którym ułożone były jakieś grube, zakurzone książki. Nad
drzwiami wisiał krzyż, a obok, na ścianie znajdwał się wielki obraz
przedstawiający jakąś scenę biblijną. Bosko, nie dość, że miłośniczka zimnych,
ciasnych, wilgotnych przestrzeni, to jeszcze fanatyczka religijna. Brakowało
tylko, żeby była azjatką. Dreszcz przeszedł mnie na samą myśl o tym, i sam nie
wiedziałem już, co mogło by być gorsze. Dopiero teraz, gdy jako tako
doprowadziłem się do porządku, zaczynało do mnie powoli docierać, że jakkolwiek
się tu znalazłem, bynajmniej nie powinno mnie tu być. Wolałem nie zastanawiać
się nawet, jak prezentuje się reszta rezydencji, a tym bardziej kim są jej
właściciele. Postanowiłem więc jak najszybciej obczaić, którędy do wyjścia (no,
najwyżej może jeszcze zwędzić coś z lodówki) i ulotnić się. Jeszcze raz
spróbowałem wrócić pamięcią do poprzedniej nocy, jednak ponownie nie przyniosło
to żadnych większych rezultatów, poza tym, że jeszcze bardziej rozbolała mnie
głowa. Zakląłem cicho, acz wyjątkowo nieprzyzwoicie, i obiecałem sobie w duchu
następnym razem nie mieszać żadnych prochów z alkoholem, oraz spuścić porządny
wpierdol temu, kto poczęstował mnie całym tym świństwem, którego nazwy też
jakoś nie mógłem sobie teraz przypomnieć. Ponieważ nieznośny hałas nie ustawał,
a chyba wręcz nasilił się, postanowiłem wstać, co ku mojemu zdziwieniu,
wymagało ode mnie dużo więcej wysilku, niż się spodziewałem. Wręcz resztkami
sił podniosłem się na nogi, a każdy mój ruch był straszliwie ociężały, powolny,
jakby wykonywany z parosekundowym opóźnieniem. Na dodatek strasznie bolały mnie
plecy, i coś jakby łupało mnie w krzyżu. I kiedy do chuja ja tak straszliwie
przytyłem? Ledwo dowlokłwszy się do drzwi, spróbowałem je otworzyć, te jednak
były zamknięte. Cała ta sytuacja zaczynała mnie już powoli, lekko mówiąc,
wkurwiać. Nagle za plecami usłyszałem coś jakby stłumione popiskiwanie. Co do
kurwy nędzy? Odwróciłem się ostrożnie i stanąłem jak wryty. Ooo nie, tylko nie
to... SZCZURY?! No nie, tylko tego brakowało! Od razu zaczęły wychodzić na
wierzch wszystkie moje głęboko skrywane fobie, związane z wszelkiego rodzaju
gryzoniami, których szczerze nienawidziłem z całego serca, od pewnego niezbyt przyjemnego,
acz niestety dosyć bliskiego incydentu z pewną wiewiórką, która... z resztą,
wolałem sobie tego nawet nie przypominać. Nie myśląc za wiele zacząłem walić
ile się da, a raczej na tyle, na ile pozwalały mi siły, które jakoś ostatnio
mnie opuściły, w masywne drzwi, które jednak okazały się nieustępliwe.
Zrezygnowany osunąłem się w dół i oparłem się o nie plecami, i w tym samym
momencie, w zamku szczęknął klucz i wrota otwarły się, a ja, biedny, wyturlałem
się na korytarz, który wystrojem dorównywał dopiero co opuszczonej komnacie.
Spojrzałem w górę, a moim oczom ukazał się dość nietypowy widok. Otóż po całym
korytarzu biegali w te i we wte dziwni, podstarzali faceci, ubrani w takie same
szaty, jakie znalazłem u siebie, a jeden z nich właśnie stał nade mną, patrząc
się na mnie dziwnie, z nieskrywanym zainteresowaniem.
–
Co się gapisz idioto, człowieka na
kacu nie widziałeś? Lepiej pomóż mi wstać! - wymamrotałem zachrypniętym, jakby
nie moim głosem, suchym jak pergamin, usiłując ponownie doprowadzić się do
pozycji pionowej. Tajemniczy mężczyzna oczywiście nawet się nie ruszył, tylko
robił się coraz bardziej czerwony.- Co jest z tobą?
Rozejrzałem się w około. Niewiedzieć czemu,
moja osoba budziła wśród tych dziwaków niemałe zainteresowanie, a wokół mnie
zbierała się coraz większa ich grupka, wgapiająca we mnie swoje gały, szepcząc
coś między sobą. W jednej chwili pożałowałem, że w ogóle wyszedłem z tej celi,
chodź na samo wspomnienie o czekającym mnie tak koszmarze kręciło mi się w
głowie, jednak nawet gdybym chciał tam powrócić, wejście zatarasował mi już
wciąż powiększający się tłum. Przybrałem pozycję obronną, starając się nie
okazywać po sobie narastającego we mnie przerażenia. Zacząłem się całkiem
poważnie zastanawiać, czy nie mam halucynacji. W końcu któryś z nich, chyba
jakiś guru czy coś, bo woził się wyjątkowo ważnie, i jako jedyny z nich nosił
obuwie (jeżeli można tak nazwać rozklekotane, ledwo trzymające się na jego
nogach sandałki) wystąpił przed wszystkich i powiedział:
–
Bracie Jeremiaszu! Pozwoli brat,
że zaprowadzę go do skrzydła szpitalnego, bo jak widzę, nie najlepiej się dziś
braciszek czuje...
–
Co kurwa? Sam się lecz, chuju! Nie
dotykaj mnie, człowieku! - po sali przeszedł szmer zdziwienia pomieszanego z
oburzeniem. Czyżby ten palant pomylił mnie z kimś ze swoich?
–
Dość tego! Nikt nie będzie się w
ten sposób wyrażał w Domu Bożym! Odejdź demonie, i zostaw nas, i tego biednego
Syna Człowieczego! Exorcizamus te, omnis immundus spiritus, omnis satanica potestas...
–
Co ty pieprzysz, człowieku?! A co
do twojej propozycji, to bardzo chętnie sobie stąd pójdę, gdyby tylko ktoś
mógłby mi łaskawie wskazać drogę do wyjścia, byłbym wdzięczny.
Niestety, mimo danej mi oferty, nikt jakoś nie
kwapił się aby mi pomóc, wszyscy zachowywali się raczej, jakby bali się w ogóle
mieć cokolwiek ze mną do czynienia. Skoro tak, nie zamierzałem czekać na dalszy
rozwój wypadków i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Rozepchnąłem tłum w
miejscu, gdzie było troche rzadziej i zacząłem się oddalać, jednak nie dane mi
było przejść nawet paru kroków, gdy potknąłem się o własne nogi i ponownie
wylądowałem na ziemi. Za plecami usłyszałem donośny ryk ich wodza: "ZA
NIIIIIIIIIIIM!!!" po czym całe stado pognało w dzikim szale w moim
kierunku. Paru z nich, nie wiem jakim cudem, dzierżyło w rękach motyki, a jeden
wymachiwał patelnią. Jak na średnię wieku koło 70-ątki mieli całkiem niezłą
kondycję, bo zanim zdążyłem się pozbierać, już byli przy mnie. Ostatnie, co
zdążyłem zauważyć, to lecący w moją stronę garnek, który jednak całe szczęście
nie trafił, a jedynie potoczył się po podłodze. Zerknąłem na niego i to, co
zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach, bowiem zamiast mojej twarzy, w odbiciu
ukazał mi sie jakiś stary, zgrzybiały facet z krzaczastymi brwiami. Czułem, że
zbiera mi się na mdłości. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, co do cholery właściwie
się dzieje, i jak to wszystko jest możliwe, gdy poczułem silne uderzenie z tyłu
głowy. To jeden z tych morderczych księżulków zdzielił mnie w łeb patelnią.
Zamroczony i zrezygnowany osunąłem się w ciemność....
Serdecznie prosimy o komentarze!;3
~Żul
----------------------------------------------
Tak, tu jest Doboszunio, jakby co to nie wiem jak to się tu znalazło. Wszystkiego się wyprę! xD
~Draconis, która ma olbrzymi talent to kompromitowania się ;P
wtorek, 26 lutego 2013
Co się stało z Żyrafą, spekulacje...
A oto co nam podesłała nasza fanka, która jak mi zdążyła oznajmić, jest w szale odkrywania co się stało z Duffem. Tak, rozdział drugi, jak mam nadzięję zdążyliście się zorientować, dotyczył pana McKagana. Serdecznie dziękujemy AliceWay ;P Od lewej: prawdopodobny psychopata z worem i nasz Żyraf ^^
~oczywiście, że Draconis, chyba nie myśleliście, że Żul może mieć takie schizy xD
~oczywiście, że Draconis, chyba nie myśleliście, że Żul może mieć takie schizy xD
2.
Aloha ludzie!
Na początku chciałybyśmy serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy poświęcili nam te cenne piętnaście, czy ileś, minut swego życia i przeczytali poprzedni rozdział, oraz w jakikolwiek sposób pomogli nam się rozreklamować. Dziękujemy również za wszystkie miłe słowa wyrażone na temat naszej twórczości. Omal nie udławiłam się ananasem, czytając Wasze opinie *.* (ze szczęścia oczywiście!) Draconis kazała mi Wam przekazać, że jesteście naszymi słoneczkami nieustannie świecącymi na nieboskłonach naszych wyobraźni, czy coś w tym stylu
~Żul
~Żul
Następne rozdziały będzie pisać Żul, więc trochę się naczekacie, bo ona ma naprawdę ślimacze tępo xD Nie żeby coś, kocham cię ty mój pulpeciku ;* Słuchajcie z Jefferson Starship - We built this city. To leciało w tle w śnie naszego bohatera ^^
~ tak, tak tu Draconis
A oto, mam zaszczyt zaprezentować Państwu rozdział nr.2!
W tym samym czasie, gdzieś na pustyni.
--------------
W tym samym czasie, gdzieś na pustyni.
--------------
Słoneczko przyjemnie grzało mnie w
twarz. No, może nie do końca tak przyjemnie, bo jednak utrudniało
mi to kontynuowanie drzemki. A miałem taki piękny sen! Śniło mi
się, że jem lody na wielkiej tęczy wraz z piękną, czerwonowłosą
hipiską. Nagle dziewczyna zniknęła wraz z tęczą, a ja zacząłem
spadać. Leciałem bardzo długo, aż w końcu wylądowałem na
kaktusie. I dalej nie pamiętam. Ach, że też takie niesamowite mary
nawiedzają mnie tylko w stanie upojenia alkoholowego, a normalnie
nie. I jakby na to nie patrzeć, to generalnie jak nie piję to nie
śpię. A to problem, bo panicznie boję się ciemności…
Wtem usłyszałem nieprzyjemne
bulgotanie dobiegające z okolic żołądka i poczułem, że moja
głowa zaraz eksploduje z bólu. Tak, nie dość, że mam kaca to
jeszcze jestem głodny. Niechętnie otworzyłem lewe oko i cały
zesztywniałem. W moim pokoju stał.. kaktus! Najprawdziwszy kaktus!
Ależ to niemożliwe!
- O żesz kurwa! – wykrzyknąłem
podrywając się na nogi – Jaki on wielki! No tak, roślina
zdecydowanie górowała nade mną. Zresztą zupełnie tak jak ten
kamień co stał obok. Byłem tak zdziwiony, że aż nie
zorientowałem się, że coś jest nie tak z moim głosem.
Zafascynowany rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu nowych
gigantycznych rzeczy i stwierdziłem, ze wcale nie znajduję się w
Hellhouse, a... na jakiejś zasranej pustyni! No pięknie,
pomyślałem, tak to jest jak się pozwala Stevenowi wybierać
alkohol, tak to właśnie jest… Wtem coś sobie uświadomiłem i
oblał mnie zimny pot. W Kalifornii nie ma stepów. Jestem sam,
głodny na jakiejś cholernej dziczy! No i do tego to nie jest jakieś
zwykłe miejsce! To pustynia olbrzymów z głupimi ogromnymi
kamieniami i roślinami! Wszystko stracone! Teraz pozostało mi tylko
czekać na śmierć przez zjedzenie lub zdeptanie. Chwila… Axl
ostatnio nam przecież tłumaczył, że magiczne stworzenia nie
istnieją, kto by tam go słuchał, ale kto wie, może jednak ma
rację? W takim razie, zmarszczyłem czoło usiłując pobudzić
swoje szare komórki, to ja jestem zmniejszony!
- Eureka! – wrzasnąłem, a raczej
chciałem, lecz z mojego gardła wydobył się tylko radosny szczek.
Szczek?! Ale… Bo… Jak.. CO?! Spróbowałem jeszcze raz. Sytuacja
powtórzyła się.
- Kuuuurrrrrwaaa Steven zamieniłeś
mnie w psa ty chuju! – zawyłem. No świetnie, bardzo świetnie.
Jestem głodnym… Chichuachuą(?!) - spokojnie chłopie, spokojnie,
wdech i wydech, bardzo ładnie - na pustyni. No gorzej już chyba być
nie może… Postanowiłem, że może jednak wezmę się w garść i
poszukam czegoś do skonsumowania. Niech sobie Adler nie myśli, że
zamieniając mnie w psa zrobi ze mnie durnia! Ciekawe kto tu będzie
się z kogo śmiał jak już wrócę do normalnej postaci i opowiem
chłopakom jak to pokonałem krwiożerczego węża albo… kojota!
Tak! Tak! Pocieszając się w ten sposób ruszyłem przed siebie
dumnie wyprostowany i merdający radośnie ogonem. Byłem jak ninja,
sprytny i ostrożny. By nie natrafić na niebezpieczeństwo, chowałem
się, a raczej zatrzymywałem się za większymi kamieniami. Bo
przecież ja się nie chowam! O nie! Ja jestem zdobywcą! To ja tu
ustalam reguły gry! Uszedłem tak może pół kilometra, gdy nagle
moje uszy zarejestrowały niecodzienny odgłos. No w każdym bądź
razie niespotykany tutaj, na pustyni. Coś jakby skradanie się…
Napiąłem mięśnie gotowy do ucieczki. Znowu ten dźwięk, tym
razem bliżej. Nie czekając na obrót wypadków jak strzała
pobiegłem na oślep przed siebie. Gnałem ile tylko wystarczyło mi
sił w moich krótkich nóżkach. Niestety osobnik za mną również
przyśpieszył i w efekcie wyszło na to, że mnie goni. Nie wiem ile
czasu trwał ten pościg, ale niestety w pewnej chwili uświadomiłem
sobie, że jestem na skraju wytrzymałości i długo tak nie
pociągnę. Wpadłem w panikę, przecież on mnie nie może złapać!
A jak to jakiś bandzior? Może mnie zabije i przerobi na futro? Co
ja wtedy powiem mojej dziewczynie Lucy? Na nieszczęście to już był
koniec. Zacząłem zwalniać. Ogromny głód i straszny ból głowy
dały mi się we znaki. Po chwili coś chwyciło mnie w pół i
brutalnie wepchnęło do wora. Nastała ciemność.
---------------
~Draconis
PS. Jeżeli przebrnąłeś już przez ten rozjebywacz mózgu, bądź łaskaw skrobnąć komentarz! :3
PS. Jeżeli przebrnąłeś już przez ten rozjebywacz mózgu, bądź łaskaw skrobnąć komentarz! :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)
