sobota, 6 kwietnia 2013

Apel o czystej zajebistości, którą trzeba znać.

Zazwyczaj tego nie robie/robimy, bo jestem zdania, że te blogi, które znam i czytam są popularne w blogsferze. W tym przypadku chyba jest inaczej, czego zupełnie nie rozumiem, bo laska pisze naprawdę świetnie. Rzadko się zdarza by mnie coś wzruszyło, a gdy czytam dont-cry-in-november-rain.blogspot.com to ciągle mam łzy w oczach. Jej bohaterowie, a w szczególności ta główna, nie wiodą prostego życia zaczynającego się od imprezy a kończącego się na seksie, ale zmagają się z wieloma przeciwnościami losu i za każdy swój błąd muszą słono zapłacić. Nie  zniechęcajcie się po 2, 5, a nawet nie 20 rozdziałach, bo to tak nie działa. Trzeba zgłebić wszystkie notki tej cudownej autorki by docenić jej wielkość i oryginalność. Także tego no, idźcie i czytajcie! Dlaczego? Bo naprawdę warto i dlatego też, że chcę nowy rozdział przeczytać ;__; Zróbcie mi tą przysługę no!
ADRES: dont-cry-in-november-rain.blogspot.com.
A teraz jazda do lektury pomioty szatana!!! xD
~ Draconis

piątek, 5 kwietnia 2013

6. cz.I

Witajcie wszyscy spragnieni wrażeń!
Po długiej przerwie, za którą podziękujemy Żulowi, wracamy z nową porcją absurdu :P Ten rozdział ma około 4 stron, więc mam nadzieję, że nam wybaczycie te zawirowania i nieobecność. Dziękujemy wszystkim  za komentarze i za to, że czytają i dedykujemy blogerkom oraz glam metalom. A, bo tak. No, więc by was nie zanudzić zapraszamy na nową część tej historii. Pisaną przeze mnie - Draconis. Tak wiem, masakra jakich mało, ale przeciez trzeba coś dodać prawda?
~Draconis
------------------------------------------

Cześć tu, Samantha Hill niestety nie ma mnie teraz w domu, więc jeśli masz mi coś ważnego do powiedzenia to zadzwoń później lub po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość. Życzę miłego dnia!
<Piiiiip>
Sam? Tu Jade. Nie uwierzysz, co mi się dzisiaj wydarzyło! Pamiętasz tą starą jędzę z kotami? No tą... kurde… Berry! Moją stałą klientkę, co to zawsze narzeka, że sucha karma, którą u nas kupiła jest zepsuta, bo śmierdzi kocim żarciem. Nie ważne. A więc dzisiaj, z rana, jak co dzień czekałam na nią i nastawiałam się psychicznie na to, że mnie opieprzy i postraszy sanepidem. No, więc minęła już siódma, a ona nie przyszła, co mnie bardzo zdziwiło, bo jest piekielnie punktualna. No przynajmniej dotąd była. Gdy już, myśląc o najgorszym, miałam chwycić za telefon, zadzwonić na pogotowie i poprosić by przyjechali pod jej dom, zadzwonił dzwoneczek i w drzwiach stanęła właśnie Panna Berry! Była w samej podomce i… tu padniesz – rozklapanych kapciach króliczkach! Tak, wzięłam dzisiaj leki, które przepisał mi doktor i dlatego tym bardziej byłam zszokowana. A więc gapiłam się na nią dłuższą chwilę z szeroko otwartą buzią i nie mogłam uwierzyć, że osoba, która znajdowała się w moim sklepie była tą samą staruszką, którą zawsze widuję ubraną w dopasowany żakiecik i malutki, seledynowy berecik. Kontynuując. Dziwna kobieta rozejrzała się i dostrzegłszy mnie poprawiła sobie biust i dziarskim krokiem podeszła do mnie końcowo opierając się cała swoją pokaźną postura o ladę. Następnie tak oto się do mnie zwróciła:
- No czeeeść maleńka. Obsłużysz może styranego rockmana?
Tak. Naprawdę tak powiedziała. No i do tego puściła mi perskie oko! Prawie zakrztusiłam się własną śliną i byłabym umarła gdybym w porę nie napiła się wody. Dobra, po chwili doszłam do siebie i spytałam lekko drgającym głosem, w czym mogę służyć. Ona na to wyszczerzyła się w naprawdę obleśnym uśmiechu i huknęła, cytuję:
Pół kilo kiełbasy i dwa litry wódki zacna dziewojo!
Mało brakowało, a bym wylądowała zemdlona na ziemi, ale w porę złapałam za oparcie krzesła i zdołałam jakoś złapać równowagę. No w końcu doszliśmy jakoś do porozumienia i Berry wzięła to, co zwykle i prawie wybiegła z pomieszczenia wrzeszcząc, że nareszcie będzie mogła nakarmić swoje drogie kiciusie. Możesz się ze mnie śmiać, ale tym razem zachowałam trzeźwość umysłu. Szybko chwyciłam palto i klucze, wywiesiłam kartkę na drzwiach, że  wracam za chwilę, zamknęłam sklep i podążyłam za moją niedoszłą klientką. Tak, było to cholernie nieodpowiedzialne i w ogóle, ale musiałam! To była sensacja stulecia! Wracając do mojej historii. Okazało się, że kociara po prostu wróciła do domu. Ale ja nie mogłam odpuścić. O nie, nie w takiej sytuacji! Ukucnęłam pod jej oknem skryta za wielkim rododendronem i zaczęłam podglądać. Pieprzyć prywatność. Na początku wszystko wydawało się normalne, ot staruszka postanowiła zrobić sobie śniadanie. Podła, przypomniała mi, że sama nic nie jadłam od wczoraj. Krzątała się po kuchni, aż miło było popatrzeć. Obserwowałam ją z wielkim zainteresowaniem, bo jej zabiegi były nader szokujące. Uwierz lub nie, ale ta stara baba wyjęła z kredensu jakąś starą, oprawioną w skórę księgę i zaczęła ją gorączkowo przeglądać. W końcu chyba na coś natrafiła, bo wrzasnęła triumfalnie tupiąc przy tym noga i od razu zaczęła przetrząsać szafki. Po chwili wyciągnęła jakiś lekko poobijany czajnik pamiętający chyba jeszcze wojnę secesyjną, ustawiła go na kuchence uprzednio nalewając do niego wody i zaczęła tym razem przeszukiwać lodówkę. Wyjęła z niej paczkę parówek, w które wpatrywała się z rozczuleniem dłuższą chwilę, a potem, nie wiem jak i po co, ale cudem upchała całe opakowanie wraz z owijającym je plastikiem do...Tak, czajnika. Uśmiechała się przy tym trochę jak małe dziecko na widok lizaka, a trochę jak seryjny morderca z piłą mechaniczną wpatrujący się w swoją przerażoną ofiarę. Aż mnie ciarki przeszły i rozważyłam zatelefonowanie na pogotowie, ale w porę porzuciłam tą myśl, bo sytuacja robiła się coraz bardziej zaskakująca.  No co, nawet ja potrzebuję trochę rozrywki. Na moim miejscu postąpiłabyś tak samo! Z czajnika zaczął się wydobywać gęsty, czarny dym, ale Barry zdawała się tego nie zauważać. Cała szczęśliwa chwyciła za ogromny tasak, którym następnie pokroiła na pół wielki kawał spleśniałego sera o białym meszku na wierzchu i lekko zielonkawej barwie. Potem wcisnęła to ohydztwo również do czajnika. Gdy urządzenie zaczęło wydawać z siebie głosy, przypominające skrobanie paznokciami po tablicy, starucha w podskokach złapała je i włożyła to  do piekarnika. Następnie zaczęła z miną maniaka wciskać wszystkie guziki i kręcić wszystkimi korbkami i pokrętłami, w jakie tylko był wyposażony opiekacz.  Niedługo potem z wnętrza zaczął wyłazić jakaś zielonkawa maź, na której widok moja klientka chwyciła wiadro, zagarnęła substancję do niego, a następnie zaczęła ją rozprowadzać po całym pomieszczeniu za pomocą mopa. W końcu rozległo się tyknięcie charakterystyczne dla budzika, a wtedy kobieta wyjęła potrawę z zdewastowanego piekarnika. Nałożyła ją na piękny, porcelanowy talerz i postawiła na ziemi by, jak mniemam, jej zwierzaki oceniły starania właścicielki. Pierwszy nawet nie chciał dotknąć jedzenia, drugi polizał to, ale w następnej chwili, cały najeżony wyleciał z pokoju z przeraźliwymi fukaniem. Inne w ogóle nie odważyły się podejść do opiekunki.  Barry w złości zaczęła skakać po naczyniu jak rozkapryszone dziecko. Przeklinała przy tym tak głośno, że było ją słychać na całej ulicy. I to jak paskudnie! Pamiętasz tego barmana, Eda, co pracował w „The Las Vegas Dreams”? No, więc ona używała jego ulubionych słów. Miałam wielkie szczęście, bo otworzyła nie to okno, pod którym ja byłam ukryta, tylko to wychodzące na ogród. Uporawszy się z dymem zaczęła coś szukać i po przetrząśnięciu wszystkich szuflad, rozbebeszeniu kanapy, foteli i wywaleniu popiołu z kominka znalazła zgubę i podeszła do aparatu telefonicznego. Następnie wybrała numer i wtedy właśnie kichnęłam zamykając przy tym na chwilkę oczy. Jak je z powrotem otworzyłam staruchy już nie było. Po raz kolejny tego dnia wpatrywałam się w coś z otwartymi ustami. No przecież nie mogła w dwie sekundy przejść do innego pokoju, bo po pierwsze jej telefon był wbudowany w ścianę, a po drugie zajęłoby jej to więcej czasu i z pewnością zauważyłabym jej pokaźny tyłek znikający w drzwiach. Byłam lekko zdezorientowana, ale postanowiłam po prostu zadzwonić do jej drzwi. Jakby otworzyła to znaczyłoby, że po prostu poszła do łazienki czy coś, ale jeśli nie… W każdym bądź razie nikt mi nie odpowiedział, pomimo, że dzwoniłam natarczywie parę minut. Wiem, że miałam z tym skończyć, ale teraz mam wreszcie dowód! Dowód, że kosmici naprawdę istnieją! Przykro mi Sam, ale w zaistniałej sytuacji jadę do Waszyngtonu by powiedzieć prezydentowi o całym tym incydencie. Ciesz się, bo twoja przyjaciółka zbawi świat i uratuje go przed inwazją. Całuję się mocno i pamiętaj, widzimy się w sobotę na urodzinach Franka. Zrób ten swój tort pomarańczowy, a na pewno ci się nie oprze. Ja już lecę. Pa.

_______________________________________________

Zimno, mokro i do tego śmierdzi. Coś jakby starym serem czy stopami brata Hieronima. Ohyda. Super skoro mnie już tu uwięzili to mogliby zainwestować w jakąś klimatyzację, dywan czy chociaż w odświeżacz powietrza! Mogę go im nawet sam sfinansować. Chuj najwyżej stracę 4 dolary i Axl obejdzie się parę dni bez swojej odżywki do włosów. Pewnie jak się dowie, ze wydaje kasę na aerozole dla jakiś spróchniałych mnichów to się wkurzy, ale jebać go. Poproszę Slasha by go pomiział za uszkiem, a może go udobrucham. Taaak, to na niego zawsze działa. Ewentualnie pozwolę mu przelecieć moją nową prywatną groupie, tą … ten… kurwa znowu zapomniałem jak się nazywa… Sharon? Nie to matka Willa, całkiem niezła była w te klocki tak na marginesie. Joan? Nie tamta to Jett była chyba. Dobra, nieważne. Jakąś mu w każdym bądź razie pożyczę, niech się jara chłopak, że ktoś go oprócz pedałów jeszcze chce. A tyle razy mu mówiłem, że nikt nie chce się umawiać z rudymi, ale on swoje. No to teraz musi obejść się smakiem. Poruszyłem rękami jeszcze raz próbując wyswobodzić się z krępujących mi ruchy więzów, ale bezskutecznie. No i do tego habit mi zamókł. Pełnia szczęścia. Nie mam pojęcia ile czasu już spędziłem w tych zatęchłych lochach oraz jak się tu znalazłem. Ostatnie co pamiętam to wielka patelnie zderzająca się z moją twarzą i paraliżujący ból nosa. A dalej ciemność. Obudziłem się już tutaj, związany, głodny, przemoczony i zmarznięty. No świetnie, na dodatek zachciało mi się iść do toalety. Jak tylko stąd wyjdę to rozwalę to cholerne więzienie jak Richardsa kocham! Zero nadziei na ratunek. Zrozpaczony próbowałem się jakoś doczołgać do jedynego źródła światła, czyli do szpary pod drewnianymi drzwiami, ale po przejechaniu po czymś miękkim, co później z piśnięciem zdeptało mnie i pobiegło w ciemność wywołując u mnie falę mdłości, zrezygnowałem i ograniczyłem się do głośnego wołania „Siku! Siku! Więzień musi siku! Otwórzcie zacni bracia i dajcie mi się kurwa wyszczać!”.  Brak odzewu. Leżałem, więc tak zwinięty w kłębek z pełnym pęcherzem i szeptałem pod nosem uspokajające słowa. Po jakimś czasie usłyszałem czyjeś kroki, dostrzegłem jakiś cień w szparze i z lubością wsłuchiwałem się w boski dźwięk odryglowywania zamka. Chyba umieszczę ten piękny odgłos w jakiejś piosence by potomni mogli wzruszać się przy każdej nucie tej pięknej pieśni. Poruszony do głębi zacząłem dziękować niebiosom za to, że wysłuchały moich błagań i obiecałem im, że w nagrodę już więcej nie dotknę dziewczyny Duffa. Po w to, że dzięki niemu się tu znalazłem nie wątpiłem, bo z tego, co zdążyłem sobie w ciągu ostatnich paru godzin w samotności przypomnieć, to on odpowiadał za catering i rozrywkę na ostatniej imprezie i to on wybrał akurat „Whisky..”. Oj on już nie porucha, oj nie. W końcu jakaś olbrzymia łapa zdjęła mi sznur z kończyn i brutalnie chwyciła mnie za kaptur tak, że dyndałem nogami parę centymetrów nad ziemią, a to jest jakiś sukces, bo przecież do niskich nie należę. Druga wcisnęła mi w dłonie starą, żeliwną lampę, która świeciła słabym światłem. Osobnik skierował się do wyjścia i podążył korytarzem, co jakiś czas skręcając jakby chciałbym nie zdążył zapamiętać drogi. Cóż to za nowatorskie tortury, każą mi umierać z potrzeby. No ja jestem pod wrażeniem tej błyskotliwości. Już otwierałem usta by pogratulować bystrości umysłu mojemu oprawcy, gdy on zatrzymał się, otworzył jakieś drzwi, które zaskrzypiały w proteście i wepchnął mnie do środka szybko ryglując je od zewnątrz.
- Masz 5 minut i ani sekundy więcej pomiocie szatana – zaskrzeczał i chyba usiadł na jakimś krześle, bo coś walnęło. Ledwo zdążyłem złapać równowagę przytrzymując się drewnianej umywalki i dzięki temu nie zaryłem twarzą w sedesie. Również drewnianym. Co za średniowiecze? No, ale jak mus to mus. Nie jest to carska łazienka, ale dla potrzebującego i taka dobra. Podkasałem spód habitu, w który byłem ubrany i zacząłem załatwiać swoje interesy. Odcedzać kartofelki i te sprawy. Z ust wyrwało mi się westchnienie ulgi. Poczułem się taki odprężony jakby wszystkie moje troski odeszły w cień i straciły sens. Byłem jak nowo narodzony, pełny sił i zapału do pracy. I współczucia dla tych szalonych mnichów, którzy musieli żyć w takich warunkach. W sumie nie dziwie się im, że postradali zmysły, ja również bym oszalał jakbym musiał tu mieszkać na stałe. Powinni zainwestować w pomoc domową, a ona by im pomogła w domu i do tego zajęłaby się ich strefami intymnymi, a może przestali by być tacy zgorzkniali. Kto to wie? Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu spłuczki, bo przecież jestem tu jednak w gości i głupio by tak było pokazać, że się jest brudasem, ale nic nie znalazłem. Rozejrzałem się, więc i po chwili wysiłku dostrzegłem małą, jak wszystko tutaj, drewnianą wajchę będącą trochę jakby w cieniu. Ucieszony pewnie pociągnąłem ją w dół. Potem wszystko wydarzyło się naraz. Nagle poczułem, że tracę grunt pod stopami i że zaczynam się zapadać, a raczej spadać.  Nie zdążyłem nawet krzyknąć czy chociaż złapać za skraj zlewu, bo po chwili ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność i w efekcie nie mogłem zobaczyć nawet własnej dłoni. Spanikowałem i  próbowałem odchylić głowę i zaprzeć się stopami tak jak to widziałem na filmach lecz niestety natrafiłem na wystający kamień o który się oczywiście walnąłem, ujrzałem gwiazdy przed oczami i po prostu straciłem przytomność.
-------------------
Komentarze są dla nas ważne, więc z łaski swojej o nich nie zapominajcie!
~Draconis

środa, 20 marca 2013

5.

No siema tu znowu my. Już nie będziemy niczego obiecywać, bo to i tak nic nie daje. Zrozumcie tylko, że byłyśmy w sobotę na koncercie The Darkness w Palladium, który był tak zaebisty, że ojeju i po prostu do tej pory się nie ocknęłyśmy. Co tu dużo gadać. Macie tu kolejny chłam, ale skoro to lubiecie. Napisany wspólnie przeze mnie i Żula. Have a good time ^^
~ Draconis

Najgorętszy stan w USA
godz. 15. 15
-----------------------------------

Obcasy miarowo stukały po bruku. Blond włosy delikatnie unosiły się na wietrze, przyjemnie smyrając swego właściciela po twarzy. W powietrzu unosił się silny zapach przetrawionego alkoholu, potu, chińskich papierosów i tanich kwiatowo-owocowych perfum. Pośladki opięte przez ciasną jeansową spódniczkę mini kołysały się miarowo niczym dwa statki dryfujące po morzu pożądania. Zewsząd słychać było gwizdy i niewybredne komentarze. Zgrabne palce z paznokciami koloru mdłego błękitu kurczowo zaciskały się na szyjce butelki, która co jakiś czas podnosiła się do góry, a jej zawartość znikała w karminowych ustach. Oczy mocno pociągnięte czarną kredka co rusz rozglądały się dookoła jakby czegoś wypatrując. Wtem powietrze przecięły pierwsze takty nowego hitu Poison – Talk Dirty to me. Rozległ się kobiecy głos, a zaraz potem sygnał przerwanego połączenia. Stukot wezbrał na sile,a po chwili ustał niespodziewanie. Trzasnęły drzwi. Tylko delikatny już zapach pachnidła przypominał o do niedawnej obecności pewnej tajemniczej postaci.
************************

Wszedłem do obskurnego, ciemnego korytarza i skierowałam swoje kroki w kieruku z którego dochodziła jedyna łuna światła oświetlająca pomieszczenie. Moje wysokie obcasy zapadały się w śmierdzącej wykładzinie. Między nogami przebiegł mi wielka, spasiona świnka morska zostawiająca za sobą strużkę śliny, przyprawiając mnie o palpitację serca. Wzdrygnąłem się i jebnąłem butem w drzwi wrzeszcząc „Ręka, noga, mózg na ścianie mam ochotę na ruchanie!” Właściwie nie wiem, dlaczego wybrałem właśnie takie słowa, jednak coś w głębi duszy mówiło mi, że dokładnie tak powinienem postąpić. Zachichotałem pod nosem ciesząc się, że wreszcie spełniłem swoje marzenie i zostałem zawodowym Frankiem Kimono, brakowało mi tylko tego, no.. no kimono. A co tam, prawdziwy artysta musi cierpieć. Szuszu z buszu i te sprawy.... Moim oczom i mojemu bananowi ukazał się totalnie zdemolowany gabinet z biurkiem pośrodku i skórzanym fotelem zwróconym tyłem do drzwi. Czas czynić swoją powinność. Podciągnąłem spódnicę, poprawiłem stanik i dumnym krokiem przemierzyłem pomieszczenie by usadzić swój majestatyczny zadek na owym meblu. Wyciągnąłem nogi przy okazji strącając jakieś papiery i kubeczek z Hello Kitty wypełniony prawdopodobnie ciekłą melasą. Oparłem prawą dłoń na skraju blatu, a drugą przejechałem po moich długich, blond lokach.
-No czeeeeeeść – przywitałem się najbardziej ponętnym głosem jaki potrafiłem z siebie wydobyć i zatrzepotałem uroczo posklejanymi od nadmiaru tuszu rzęsami. Oparcie powolutku odwróciło się w moją stronę dokładnie wtedy gdy badałem małym palcem stan swojego uzębienia. Moje oczy koloru spleśniałego korniszona rozszerzyły się, bowiem widok jaki się im ukazał z pewnością nie był tym którego oczekiwałem. Otóż obiektem moich wdzięków okazała się młoda, może trochę zbyt wysoka jak na mój gust, ale jednak stuprocentowa kobieta, (i to nawet niczego sobie, jeśli wolno mi stwierdzić) choć napis na wizytówce uparcie twierdził: William Dobosh. Co do zgrzybiałego kabaczka? Czyżbym znowu przesadził z tymi różowymi tableteczkami na antykoncepcję? Z wrażenia aż wywindowało mnie na podłogę. No i tyle z mojej kariery mistrza kung-fu, teraz ewentualnie mogę zostać tylko pandą, i to całą upapraną w tej jebanej melasie. Ja rozumiem, bogate źródło żelaza niehemowego i tak dalej, ale czy to świństwo musi się tak lepić? Przecież ja nie umiem nawet obsługiwać pralki, zresztą musiałbym najpierw jakąś mieć, przecież nie będę tego zlizywać. Chociaż z drugiej strony... Zajęty wydłubywaniem sobie lepkiej substancji z włosów oraz zza paznokci, zupełnie zapomniałem o tajemniczej William, która bynajmniej nie przejawiała żadnych cech wskazujących na płeć, którą sugerowało by imię, a która przyglądała mi się teraz zza wysokiego blatu biurka z lekkim zażenowaniem.
-Tak, tak, moja droga Betty, tu mamcia. Dawno się nie widziałyśmy – usłyszałem tylko i już zastawiałem się, jak by tu się zgrabnie wytłumaczyć, jednak nagle poczułem jakiś dziwny, drażniący zapach. Naraz zaczęło mi się kręcić w głowie i jakby zebrało mi się na mdłości, a na dodatek wszystkie kończyny z niewiadomego powodu odmówiły mi posłuszeństwa.
-To oooo too chłooodzi z tą mielaską, tiaaaak? - zamruczałem tylko dziwnie uśmiechniety pod nosem i powoli osunąłem się w ciemność.
------------------------
Walnijcie komenty, a my walniemy banany na mordeczkach :D
~ Draconis i Żul


środa, 6 marca 2013

4.


Witajcie nasze ptysie miętowe jak to śpiewało Lao Che ;3
Wybaczcie tą dłuuugą, karygodną przerwę, ale nasza Żul miała fazę na nic nie robienie. To już się więcej nie powtórzy, już mój glan o to zadba ^.^ Rozdział ten dedykujemy Natalii, która obija się w szpitalu oraz Mrocznemu za spaczenie nam mózgów ;3 I chciałybyśmy jeszcze serdecznie podziękować dziewczynom z grupy dla blogerek na fb za takie miłe przyjęcie i w ogóle za przyjęcie nas do tej elitarnej kompanii. Czujemy się zaszczycone :D No dobra, nie będę owijać w bawełnę, bo się pewnie za nami stęskniliście i pragniecie przeczytać co też nam przyszło tym razem do głów. A więc prossszzze! Enjoy! I przypominam o ankiecie, która znajduje się gdzieś po lewej stronie. Kolejne rozdziały piszę ja, więc szykujcie się na masakrę xD Później może wstawimy link do sweet zdjęcia Maciusia, które wysłałyśmy na pewnien fp :*I dziękujemy za te ponad 1150 wejść! Nigdy nawet nie myślałyśmy, że do tego dojdzie ;_____; Przepraszam na moment.... wzruszyłam się ......
~Draconis


Pewna kamienica, gdzieś w Ameryce
godzina 10.30
-------------------------------------------


Ze snu wydobył mnie jakiś miły, mięciutki dotyk, jakby ktoś łagodnie miział mnie po twarzy piórkiem. Z błogim uśmiechem na twarzy wyciągąłem się na posłaniu, chcąc rozprostować obolałe  kości, jednak nie był to chyba najlepszy pomysł, gdyż zaraz coś strzyknęło mi w barku i przez ramię przeszedł mi przeszywający na wskroś ból, na który natychmist zgiąłem się spowrotem wpół, przyciskając do siebie bolącą kończynę i podkurczając nogi, jednocześnie natrafiając twarzą na coś miękiego i włochatego, strącając to z rozmachem z łóżka. Nagle ciszę przerwał jakiś upiorny, rozdzierający powietrze wrzask, który obudziłby chyba umarłego i założę się, że nawet nie jednego. Zaskoczony, wzdrygnąłem się, podnosząc się gwałtownie i z całej siły przypierdoliłem w znajdującą się tuż nad moją głową wiszącą szafkę. "Brawo, kurwa, świetny początek dnia" - zakląłem w duchu i szczelniej przykryłem się pierzyną. Mało co jest w stanie o tej porze wyciągnąć mnie z łóżka, a szczególnie po tak udanej imprezie, jednak ów głos właśnie dołączył do tej jakże zaszczytnej listy, zajmując tam honorowe miejsce na samym szczycie, a jego właściciel załatwił sobie natychmiastową taryfę ulgową tanimi liniami, prosto na tamten świat. Niech ja tylko dorwę tego idiotę, Axl'a, do końca życia sobie zapamięta. Żeby mi tu w środku nocy tak ryja drzeć, co on sobie myśli? Pierdolony gwiazdor, prima balerina od siedmiu boleści. Grrr, już ja mu zafunduję takie atrakcje, że dopiero sobie pokrzyczy, jebany kurdupel. Jeżeli to ma być nasz nowy hit, to chyba szczerze podziękuję... Wstałem niechętnie, rozprostowując moje kościste, pomarszczone łydki. Zaraz... KOŚCISTE POMARSZCZONE ŁYDKI? Chwilunia, coś tu nie gra... Spojrzałem po sobie, jednak zamiast mego tak dobrze mi znanego, gładkiego, umieśnionego ciała, ujrzałem jedynie tony fałd suchej, pomarszczonej skóry. Nieco zdezorientowany zacząłem nerwowo analizować sytuację. Opcja potencjalnych halucynacji odpadała, owszem, ostro sobie zaszalałem poprzedniej nocy, wraz z resztą zespołu, jednak z całą pewnością nie wziąłem aż tyle, aby mogło mi się rzucić na kolejny dzień, najwyżej mogło mi się przyśnić coś ładnego, chociaż możliwość, iż wszystko to dzieje się na prawdę, również wydawała się być jeszcze bardziej absurdalna. Z zamyślenia wyrwało mnie kolejne, nagłe, dziwne uczucie, jakby silny ucisk na brzuchu, po którym nastąpił szereg mniejszych, przebiegających szybko w górę mojego ciała. Zerknąłem ostrożnie w tamtą stronę w celu zidentyfikowania źródła owego nacisku i to co zobaczyłem, było doprawdy ostatnią rzeczą, jakiej mógłbym się spodziewać. Tak nawiasem mówiąc, najpierw zdziwił mnie fakt, że z ogóle coś widzę, ponieważ zwykle cały świat przysłania mi moja wielce imponująca czupryna gęstych, czarnych loków, jednak dziwne, nieznane mi otoczenie, w którym jakimś cudem dane było mi się obudzić, chwilowo skupiło na sobie całą moją uwagę. Rozejrzałem się ze zgrozą. Pokój w jakim się znajdowałem, należał do najstaszliwszych pomieszczeń, jakie kiedykolwiek przyszło mi oglądać. Meble wyglądały jak wyciągnięte z jakiegoś pseudośrednoiwiecza, czy innego oświecenia, przepełnione wzorkami i wymyślnymi ornamentami, obite błyszczącym, kwiatowym materiałem. Upiorne ściany obklejone były obleśnie różową tapetą w różyczki, a tu i ówdzie przyozdobione były jakimś kiczowatym portretem, z którego szczerzył zęby w sztucznym uśmiechu jakiś tłusty, rudy dzieciak, patrząc na mnie nieco psychopatycznie. Wszędzie gdzie nie spojrzeć, w oczy rzucały się nieposkromione warstwy wszelkiego rodzaju falbanek, koronek i reszty tego całego, cukierkowego ścierwa. Ja sam, nie wiedzieć czemu, miałem na sobie aksamitny, wzorzysty szlafroczek, którego ściągnięcie skutecznie uniemożliwiała mi przyczyna tajemniczego ucisku. Otóż, tuż przede mną, na mojej klatce piersiowej, leżał sobie bezwstydnie ogromny, biało-brązowy, nad wyraz futrzasty, długowłosy kot, wgapiając się we mnie z wyrzutem swymi ciemnymi oczami o odcieniu zgniłego banana. Stał tak przez chwilę, po czym otworzył swój paskudny, spłaszczony pyszczek, a z jego gardła wydostał się ów potworny, wibrujący w uszach dźwięk, na który przeszedł mnie lodowaty dreszcz, po czym, nie przerywając, przeciągnął się leniwie, jak gdyby nigdy nic, wbijając mi bezlitośnie swoje ostre niczym szpile pazurki w moje ciało, a następnie ostentacyjnie odwrócił się do mnie tyłem i dumnie machając mi przed nosem kitowatym ogonem, zeskoczył na podłogę i pognał w stronę drzwi, jednak na jego miejsce natychmiast wskoczył następny, zupełnie inny od swojego poprzednika, o czarnej, aksamitnej sierści i okrągłych zielonych slepiach. A potem następny, o pięknym, falowanym, karmelowym owłosieniu i dumnej postawie. A po nim jeszcze następny, bardziej chudy i wyłysiały, a potem inny, i jeszcze kolejny, a za nim nastepny, i kolejny, i jeszcze jeden, całkiem malutki, nie potrafiąc wskoczyć bezpośrednio na łóżko, uczepił się pazurkami zwisającego kawałka kołdry, wdrapując się sprawnie po kołyszącym się skrawku materiału, i zadowolony sadowiąc się wygodnie koło mnie. Podrapałem tego czarnego za uchem, głaszcząc jednocześnie delikatnie małego zdobywcę, który całkiem się rozłożył, ukazując mi swój brzuszek i domagając się więcej pieszczot.  Zaskoczony i zaciekawiony skąd się tu wzięły owe stworzenia, jeszcze raz ogarnąłem wszystko spojrzeniem i dopiero teraz dostrzegłem, że nie były to jedyne koty w całym pomieszczeniu. W tym właśnie momencie z wszelkich kątów i zakamarków zaczęły wypełzać CAŁE TABUNY KOTÓW,  w jednej chwili opanowując cały pokoik. Kreatury różnorakiej maści, sierści i koloru, duże, małe, włochate lub odwrotnie - całkiem wyłysiałe, wylazły ze swoich kryjówek i patrzyły wyczekująco, świdrując mnie swoimi małymi, swiecącymi oczkami. Wyciągnąłem do nich rękę, w przyjaznym geście, pozwalając się obwąchać, aby mogły się swoić z moim zapachem, i szepnąłem zachęcająco: "kici,kicikicikicikici...", na co odpowiedziało mi ciche miałknięcie, pełne zainteresowania, po którym nastąpił natychmiastowy szturm na moje posłanie, a po chwili również na mnie we własnej osobie. Położyłem się bezwładnie, pozwalając stadu otoczyć mnie ze wszystkich możliwych stron, tak, że ledwo mogłem oddychać, a potem... Zaczęło się. Koty łaziły po mnie, stąpając delikatnie małymi łapkami, ocierając się i wtulając w moje ciało, a ja nie pozostawałem im dłużny. Głaskaniu, drapaniu i innym pieszczotom nie było końca. Sprawiało mi to wielką radość, i natychmiast poczułem się niesmowicie odprężony i zrelaksowany. Mało kto wie, że zaraz po wężach, koty to moje drugie ukochane zwierzęta. Jakoś nigdy nie było okazji, by pochwalić się  moją dość wsydliwą słabością do owych rozkosznych sierściuchów, jednak teraz nikt nie mógł mnie zobaczyć, więc nie musiałem się przed niczym krępować. Ooooo taaaak... tego było mi trzeba, od dawna nie czułem się tak spełniony i dowartościowany Jednak wszystko co dobre, niestety musi się kiedyś skończyć, toteż po jakimś czasie koty powoli zaczęły ustępować, rozchodzić się, zajmując  z powrotem podłogę i wszelkie umeblowanie, a ja czułem jak wypełnia mnie ekstaza. Leżałem tak jeszcze przez chwilę, ciesząc się minioną chwilą, po czym rozmażony poddźwignąłem się do pozycji siedzącej i uświadomiłem sobie, że od rana nic jeszcze nie miałem w ustach. Koty  widocznie również zgłodniały, gdyż łaziły teraz niespokojnie, miałcząc z lekką nutką upomnienia w głosie.
- "Macie rację, po tak udanym poranku trzeba by coś przekąsić" – mruknąłem do swoich towarzyszy i ostrożnie zdejmując z siebie oblegające mnie koty i podniosłem się na nogi, rozmasowując sobie świerzo nabitego guza, wstałem i udałem się na poszukiwanie lodówki, by dać tym słodziakom coś do jedzenia, oraz samemu się posilić, jednak nie znalazłem nic nadającego się do skonsumowania, a tym bardziej czegoś mocniejszego dla odświerzenia pamięci, chodź wbrew pozorom wybredny nie byłem. Kociego żarcia również ani widu, ani słychu. Zaniepokojony owym faktem, zgarnąłem z puszki po kawie jakieś drobniaki i postanowiłem wybrać się na małą wycieczkę do sklepu. Szybko narzuciłem na siebie sztywny, filcowy płaszczyk, na głowę wkładając znaleziony na wieszaku wysoki kapelusz, który co prawda w niczym nie dorównywał mojemu majestatycznemu cylindrowi, jednak z braku alternatywy postanowiłem wykorzystać go jako tymczasowy substytut. Czule pożegnałem się z moimi nowymi przyjaciółmi i pełen entuzjazmu wyszedłem na ulicę, gdzie od razu udeżył mnie ostry smród spalin, a moje nieprzyzwyczajone do słońca oczy oślepiło jasne, ranne słońce, i ropocząłem poszukiwania miejsca, gdzie mógłbym dokonać niezbędnych zakupów,. Nie zdążyłem jednak nawet porządnie się zgubić, gdy moim oczom ukazał się niewielki, zapyziały warzywniak, a wielki napis na drzwiach głosił: PROMOCJA! Tylko dziś, kocia karma 25 % taniej!* (*przy zakupie przynajmniej 15 opakowań) To dopiero szczęśiwy dzień! Dziarskim krokiem wkroczyłem do sklepu, witając dość znudzoną kasierkę prominnym uśmiechem, wywołując u niej niemałe zaskoczenie.
 ~Żul 

 Bądźcie łaskawi i skrobnijcie komentarzyk pod naszymi wypocinami :3




środa, 27 lutego 2013

3.



Ave kwiatuszki ;3 
Dzisiaj, jako, że jest Międzynarodowy Dzień Adorowania Doboszunia wstawiamy nowy rozdział. Muszę się wam pochwalić, że dzisiaj mam wyjątkowo zajebisty humor, a wpłynął na to m.in BOB i jego lamy xD Tak, okazało się, że istnieje facet jeszcze bardziej popierdolony ode mnie ;P Ach, właśnie czas na życzenia! A więc, drogi Michaelu w tym szczególnym dniu życzymy ci wszyscy międzynarodowej kariery. Jakbyście nie wiedziały, to Doboszunio to pewnien glam metal z koło Zakopanego, którego znalazłyśmy w internetach. Wracając do rozdziału. Napisała go Żul, a dedykujemy go RocketQueen, jako, że jest naszą wierną fanką i Mani, która jest naszą psychofanką xD Na kolejny bd musieli poczekać, bo bd dziełem Żula, a ona jednak wolno pisze. A więc bawcie się dobrze! Ach i jeszcze edycja do rozdziału 2! W śnie Duff'a, w tle leciało JEFFERSON STARSHIP - WE BUILT THIS CITY. Taka tam schizowa atmosfera xD To ważne!

~Draconis


Arizona
pewien klasztor na wzgórzu
godzina 10.30
-------------------------------------
Obudził mnie dziwny, dudniący w uszach hałas. Brzmiało to, mniej więcej, jakby ktoś powyciągał z szafek wszystkie gary i patelnie, i nakurwiał w nie bezlitośnie z całej siły, niczym w jakiś prowizoryczny zestaw perkusujny. Przeklinając w myślach Stevena, którego obarczyłem winą za całe to zamieszanie, przewróciłem się na drugi bok. Co to za zwyczaje, żeby porządnego człowieka budzić w środku nocy?! Chcąc zagłuszyć irytujący dzwięk, zacząłem po omacku szukać poduszki, po czym zdałem sobie sprawę, że w okół mnie nie ma praktycznie żadnej pościeli, a ja sam nie leżę nawet na łóżku, a jedynie na czymś w rodzaju... siennika(?!), przykryty strzępem jakiejś obdartej szmaty, która kiedyś, w zamierzchłych czasach, była chyba kocem. Ubranie które miałem na sobie również z pewnością nie należało do mnie. Prosta, sztywna, lniana nocna koszula drapała i kłuła przy każdym ruchu, w dodatku w pasie przewiązana była ciasno jakimś sznurkiem. Nieco zdezorientowany podźwignąłem się na łokciach i uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem niewyspany i obolały. Na domiar wszystkiego po wczorajszej imprezie ostry ból dosłownie rozsadzał mi czaszkę. Wiedząc, że i tak nie uda mi się spowrotem zasnąć, leniwie rozejrzałem się po pokoju, szukając wzrokiem jakiegokolwiek płynu, którym można by ugasić męczące mnie pragnienie. Zaraz, zaraz... coś mi tu nie pasowało. Dopiero teraz dostrzegłem, jak dziwne było pomieszczenie, w którym się znajdowałem, i z pewnością nie był to mój przytulny pokoik w Hellhouse. Jako stały bywalec wszelkiego rodzaju imprez, jestem już niejako przyzwyczajony do budzenia się w naprawdę różnych, mniej, bądź bardziej znanych mi miejscach, jednak to nie przypominało żadnego z nich, a na dodatek, przynajmniej na razie nie dawało żadnego powodu, dla którego miałbym w ogóle się w nim znaleźć. Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mi mgliste wspomnienie poprzedniego wieczoru, kiedy to jak zwykle całą bandą zwaliliśmy się do Whisky A Go Go. Ostatnie, co zapamiętałem, to jak wychodziłem cały zadowolony do kibla, zabawić się tam z jedną z tych wiecznie napalonych na mnie, emanujących seksem lasek, jednak co było dalej? Za cholerę nie byłem w stanie sobie przypomnieć, co również wprawiało mnie w zasmucenie... Czy to możliwe, bym znajdował się teraz u niej w domu?! Miejsce przypominało raczej jakąś dziwną, średniowieczną celę, niż typową lokację Groupie, a nawiasem mówiąc, w ogóle nie wyglądało, aby ktokolwiek z mojego otoczenia mógłby tu mieszkać, co już dawało nieco do myślenia. Wzdrygnąłem się. Pomieszczenie skąpane było w półmroku, a jedynym źródłem światła było niewielkie, wysoko umieszczone zakratowane okienko, przez które oszczędnie wpadały ranne promienie słońca. Grube, masywne mury, oraz zimna, kamienna posadzka przywodziły na myśl lochy. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach stęchlizny i jakby pleśni, oraz jakaś dziwna, gryząca nozdrza woń, której nie byłem w stanie zidentyfikować. Z sufitu kapała woda. Pokój, a raczej, nazwijmy to po imieniu - CELA, umeblowana była, łagodnie mówiąc, dość skromnie, bowiem poza prowizorycznym posłaniem, na któym obecnie leżałem, rozmasowując sobie obolałe kości, znajdował się w nim tylko prosty, drewniany regał, na którym ułożone były jakieś grube, zakurzone książki. Nad drzwiami wisiał krzyż, a obok, na ścianie znajdwał się wielki obraz przedstawiający jakąś scenę biblijną. Bosko, nie dość, że miłośniczka zimnych, ciasnych, wilgotnych przestrzeni, to jeszcze fanatyczka religijna. Brakowało tylko, żeby była azjatką. Dreszcz przeszedł mnie na samą myśl o tym, i sam nie wiedziałem już, co mogło by być gorsze. Dopiero teraz, gdy jako tako doprowadziłem się do porządku, zaczynało do mnie powoli docierać, że jakkolwiek się tu znalazłem, bynajmniej nie powinno mnie tu być. Wolałem nie zastanawiać się nawet, jak prezentuje się reszta rezydencji, a tym bardziej kim są jej właściciele. Postanowiłem więc jak najszybciej obczaić, którędy do wyjścia (no, najwyżej może jeszcze zwędzić coś z lodówki) i ulotnić się. Jeszcze raz spróbowałem wrócić pamięcią do poprzedniej nocy, jednak ponownie nie przyniosło to żadnych większych rezultatów, poza tym, że jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa. Zakląłem cicho, acz wyjątkowo nieprzyzwoicie, i obiecałem sobie w duchu następnym razem nie mieszać żadnych prochów z alkoholem, oraz spuścić porządny wpierdol temu, kto poczęstował mnie całym tym świństwem, którego nazwy też jakoś nie mógłem sobie teraz przypomnieć. Ponieważ nieznośny hałas nie ustawał, a chyba wręcz nasilił się, postanowiłem wstać, co ku mojemu zdziwieniu, wymagało ode mnie dużo więcej wysilku, niż się spodziewałem. Wręcz resztkami sił podniosłem się na nogi, a każdy mój ruch był straszliwie ociężały, powolny, jakby wykonywany z parosekundowym opóźnieniem. Na dodatek strasznie bolały mnie plecy, i coś jakby łupało mnie w krzyżu. I kiedy do chuja ja tak straszliwie przytyłem? Ledwo dowlokłwszy się do drzwi, spróbowałem je otworzyć, te jednak były zamknięte. Cała ta sytuacja zaczynała mnie już powoli, lekko mówiąc, wkurwiać. Nagle za plecami usłyszałem coś jakby stłumione popiskiwanie. Co do kurwy nędzy? Odwróciłem się ostrożnie i stanąłem jak wryty. Ooo nie, tylko nie to... SZCZURY?! No nie, tylko tego brakowało! Od razu zaczęły wychodzić na wierzch wszystkie moje głęboko skrywane fobie, związane z wszelkiego rodzaju gryzoniami, których szczerze nienawidziłem z całego serca, od pewnego niezbyt przyjemnego, acz niestety dosyć bliskiego incydentu z pewną wiewiórką, która... z resztą, wolałem sobie tego nawet nie przypominać. Nie myśląc za wiele zacząłem walić ile się da, a raczej na tyle, na ile pozwalały mi siły, które jakoś ostatnio mnie opuściły, w masywne drzwi, które jednak okazały się nieustępliwe. Zrezygnowany osunąłem się w dół i oparłem się o nie plecami, i w tym samym momencie, w zamku szczęknął klucz i wrota otwarły się, a ja, biedny, wyturlałem się na korytarz, który wystrojem dorównywał dopiero co opuszczonej komnacie. Spojrzałem w górę, a moim oczom ukazał się dość nietypowy widok. Otóż po całym korytarzu biegali w te i we wte dziwni, podstarzali faceci, ubrani w takie same szaty, jakie znalazłem u siebie, a jeden z nich właśnie stał nade mną, patrząc się na mnie dziwnie, z nieskrywanym zainteresowaniem.
                    Co się gapisz idioto, człowieka na kacu nie widziałeś? Lepiej pomóż mi wstać! - wymamrotałem zachrypniętym, jakby nie moim głosem, suchym jak pergamin, usiłując ponownie doprowadzić się do pozycji pionowej. Tajemniczy mężczyzna oczywiście nawet się nie ruszył, tylko robił się coraz bardziej czerwony.- Co jest z tobą?
Rozejrzałem się w około. Niewiedzieć czemu, moja osoba budziła wśród tych dziwaków niemałe zainteresowanie, a wokół mnie zbierała się coraz większa ich grupka, wgapiająca we mnie swoje gały, szepcząc coś między sobą. W jednej chwili pożałowałem, że w ogóle wyszedłem z tej celi, chodź na samo wspomnienie o czekającym mnie tak koszmarze kręciło mi się w głowie, jednak nawet gdybym chciał tam powrócić, wejście zatarasował mi już wciąż powiększający się tłum. Przybrałem pozycję obronną, starając się nie okazywać po sobie narastającego we mnie przerażenia. Zacząłem się całkiem poważnie zastanawiać, czy nie mam halucynacji. W końcu któryś z nich, chyba jakiś guru czy coś, bo woził się wyjątkowo ważnie, i jako jedyny z nich nosił obuwie (jeżeli można tak nazwać rozklekotane, ledwo trzymające się na jego nogach sandałki) wystąpił przed wszystkich i powiedział:
                    Bracie Jeremiaszu! Pozwoli brat, że zaprowadzę go do skrzydła szpitalnego, bo jak widzę, nie najlepiej się dziś braciszek czuje...
                    Co kurwa? Sam się lecz, chuju! Nie dotykaj mnie, człowieku! - po sali przeszedł szmer zdziwienia pomieszanego z oburzeniem. Czyżby ten palant pomylił mnie z kimś ze swoich?
                    Dość tego! Nikt nie będzie się w ten sposób wyrażał w Domu Bożym! Odejdź demonie, i zostaw nas, i tego biednego Syna Człowieczego! Exorcizamus te, omnis immundus spiritus, omnis satanica potestas...
                    Co ty pieprzysz, człowieku?! A co do twojej propozycji, to bardzo chętnie sobie stąd pójdę, gdyby tylko ktoś mógłby mi łaskawie wskazać drogę do wyjścia, byłbym wdzięczny.
Niestety, mimo danej mi oferty, nikt jakoś nie kwapił się aby mi pomóc, wszyscy zachowywali się raczej, jakby bali się w ogóle mieć cokolwiek ze mną do czynienia. Skoro tak, nie zamierzałem czekać na dalszy rozwój wypadków i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Rozepchnąłem tłum w miejscu, gdzie było troche rzadziej i zacząłem się oddalać, jednak nie dane mi było przejść nawet paru kroków, gdy potknąłem się o własne nogi i ponownie wylądowałem na ziemi. Za plecami usłyszałem donośny ryk ich wodza: "ZA NIIIIIIIIIIIM!!!" po czym całe stado pognało w dzikim szale w moim kierunku. Paru z nich, nie wiem jakim cudem, dzierżyło w rękach motyki, a jeden wymachiwał patelnią. Jak na średnię wieku koło 70-ątki mieli całkiem niezłą kondycję, bo zanim zdążyłem się pozbierać, już byli przy mnie. Ostatnie, co zdążyłem zauważyć, to lecący w moją stronę garnek, który jednak całe szczęście nie trafił, a jedynie potoczył się po podłodze. Zerknąłem na niego i to, co zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach, bowiem zamiast mojej twarzy, w odbiciu ukazał mi sie jakiś stary, zgrzybiały facet z krzaczastymi brwiami. Czułem, że zbiera mi się na mdłości. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, co do cholery właściwie się dzieje, i jak to wszystko jest możliwe, gdy poczułem silne uderzenie z tyłu głowy. To jeden z tych morderczych księżulków zdzielił mnie w łeb patelnią. Zamroczony i zrezygnowany osunąłem się w ciemność....

Serdecznie prosimy o komentarze!;3
~Żul

----------------------------------------------

Tak, tu jest Doboszunio, jakby co to nie wiem jak to się tu znalazło. Wszystkiego się wyprę! xD
~Draconis, która ma olbrzymi talent to kompromitowania się ;P




wtorek, 26 lutego 2013

Co się stało z Żyrafą, spekulacje...

A oto co nam podesłała nasza fanka, która jak mi zdążyła oznajmić, jest w szale odkrywania co się stało z Duffem. Tak, rozdział drugi, jak mam nadzięję zdążyliście się zorientować, dotyczył pana McKagana. Serdecznie dziękujemy AliceWay ;P Od lewej: prawdopodobny psychopata z worem i nasz Żyraf ^^
~oczywiście, że Draconis, chyba nie myśleliście, że Żul może mieć takie schizy xD

2.

Aloha ludzie! 
Na początku chciałybyśmy serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy poświęcili nam te cenne piętnaście, czy ileś, minut swego życia i przeczytali poprzedni rozdział, oraz w jakikolwiek sposób pomogli nam się rozreklamować. Dziękujemy również za wszystkie miłe słowa wyrażone na temat naszej twórczości. Omal nie udławiłam się ananasem, czytając Wasze opinie *.* (ze szczęścia oczywiście!) Draconis kazała mi Wam przekazać, że jesteście naszymi słoneczkami nieustannie świecącymi na nieboskłonach naszych wyobraźni, czy coś w tym stylu
~Żul

Następne rozdziały będzie pisać Żul, więc trochę się naczekacie, bo ona ma naprawdę ślimacze tępo xD Nie żeby coś, kocham cię ty mój pulpeciku ;* Słuchajcie z Jefferson Starship - We built this city. To leciało w tle w śnie naszego bohatera ^^
~ tak, tak tu Draconis
A oto, mam zaszczyt zaprezentować Państwu rozdział nr.2!


W tym samym czasie, gdzieś na pustyni.
--------------
Słoneczko przyjemnie grzało mnie w twarz. No, może nie do końca tak przyjemnie, bo jednak utrudniało mi to kontynuowanie drzemki. A miałem taki piękny sen! Śniło mi się, że jem lody na wielkiej tęczy wraz z piękną, czerwonowłosą hipiską. Nagle dziewczyna zniknęła wraz z tęczą, a ja zacząłem spadać. Leciałem bardzo długo, aż w końcu wylądowałem na kaktusie. I dalej nie pamiętam. Ach, że też takie niesamowite mary nawiedzają mnie tylko w stanie upojenia alkoholowego, a normalnie nie. I jakby na to nie patrzeć, to generalnie jak nie piję to nie śpię. A to problem, bo panicznie boję się ciemności…
Wtem usłyszałem nieprzyjemne bulgotanie dobiegające z okolic żołądka i poczułem, że moja głowa zaraz eksploduje z bólu. Tak, nie dość, że mam kaca to jeszcze jestem głodny. Niechętnie otworzyłem lewe oko i cały zesztywniałem. W moim pokoju stał.. kaktus! Najprawdziwszy kaktus! Ależ to niemożliwe!
- O żesz kurwa! – wykrzyknąłem podrywając się na nogi – Jaki on wielki! No tak, roślina zdecydowanie górowała nade mną. Zresztą zupełnie tak jak ten kamień co stał obok. Byłem tak zdziwiony, że aż nie zorientowałem się, że coś jest nie tak z moim głosem. Zafascynowany rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu nowych gigantycznych rzeczy i stwierdziłem, ze wcale nie znajduję się w Hellhouse, a... na jakiejś zasranej pustyni! No pięknie, pomyślałem, tak to jest jak się pozwala Stevenowi wybierać alkohol, tak to właśnie jest… Wtem coś sobie uświadomiłem i oblał mnie zimny pot. W Kalifornii nie ma stepów. Jestem sam, głodny na jakiejś cholernej dziczy! No i do tego to nie jest jakieś zwykłe miejsce! To pustynia olbrzymów z głupimi ogromnymi kamieniami i roślinami! Wszystko stracone! Teraz pozostało mi tylko czekać na śmierć przez zjedzenie lub zdeptanie. Chwila… Axl ostatnio nam przecież tłumaczył, że magiczne stworzenia nie istnieją, kto by tam go słuchał, ale kto wie, może jednak ma rację? W takim razie, zmarszczyłem czoło usiłując pobudzić swoje szare komórki, to ja jestem zmniejszony!
- Eureka! – wrzasnąłem, a raczej chciałem, lecz z mojego gardła wydobył się tylko radosny szczek. Szczek?! Ale… Bo… Jak.. CO?! Spróbowałem jeszcze raz. Sytuacja powtórzyła się.
- Kuuuurrrrrwaaa Steven zamieniłeś mnie w psa ty chuju! – zawyłem. No świetnie, bardzo świetnie. Jestem głodnym… Chichuachuą(?!) - spokojnie chłopie, spokojnie, wdech i wydech, bardzo ładnie - na pustyni. No gorzej już chyba być nie może… Postanowiłem, że może jednak wezmę się w garść i poszukam czegoś do skonsumowania. Niech sobie Adler nie myśli, że zamieniając mnie w psa zrobi ze mnie durnia! Ciekawe kto tu będzie się z kogo śmiał jak już wrócę do normalnej postaci i opowiem chłopakom jak to pokonałem krwiożerczego węża albo… kojota! Tak! Tak! Pocieszając się w ten sposób ruszyłem przed siebie dumnie wyprostowany i merdający radośnie ogonem. Byłem jak ninja, sprytny i ostrożny. By nie natrafić na niebezpieczeństwo, chowałem się, a raczej zatrzymywałem się za większymi kamieniami. Bo przecież ja się nie chowam! O nie! Ja jestem zdobywcą! To ja tu ustalam reguły gry! Uszedłem tak może pół kilometra, gdy nagle moje uszy zarejestrowały niecodzienny odgłos. No w każdym bądź razie niespotykany tutaj, na pustyni. Coś jakby skradanie się… Napiąłem mięśnie gotowy do ucieczki. Znowu ten dźwięk, tym razem bliżej. Nie czekając na obrót wypadków jak strzała pobiegłem na oślep przed siebie. Gnałem ile tylko wystarczyło mi sił w moich krótkich nóżkach. Niestety osobnik za mną również przyśpieszył i w efekcie wyszło na to, że mnie goni. Nie wiem ile czasu trwał ten pościg, ale niestety w pewnej chwili uświadomiłem sobie, że jestem na skraju wytrzymałości i długo tak nie pociągnę. Wpadłem w panikę, przecież on mnie nie może złapać! A jak to jakiś bandzior? Może mnie zabije i przerobi na futro? Co ja wtedy powiem mojej dziewczynie Lucy? Na nieszczęście to już był koniec. Zacząłem zwalniać. Ogromny głód i straszny ból głowy dały mi się we znaki. Po chwili coś chwyciło mnie w pół i brutalnie wepchnęło do wora. Nastała ciemność.
---------------
~Draconis

PS. Jeżeli przebrnąłeś już przez ten rozjebywacz mózgu, bądź łaskaw skrobnąć komentarz! :3